Słudzy boży Zelia i Ludwik MARTIN

 

 

Zelia i Ludwik Martin

 

Rodzina Martin

 
 

 

 

 

Zelia i Ludwik Martin

Coraz bliższa beatyfikacja rodziców
św. Teresy od Dzieciątka.

 

Coraz bliższa jest beatyfikacja rodziców świętej Teresy od Dzieciątka Jezus - sług Bożych Zelii i Ludwika Martin. Żyli oni w XIX wieku we Francji. Ich proces beatyfikacyjny toczy się już od kilkudziesięciu lat. Przed 9 laty został ogłoszony dekret o heroiczności ich cnót. Obecnie należy oczekiwać zatwierdzenia przypisywanego ich wstawiennictwu cudu.

Niewytłumaczalne naukowo uzdrowienie, po wezwaniu wstawiennictwa rodziców świętej Teresy z Lisieux, miało miejsce w ubiegłym roku w diecezji mediolańskiej. Do zdrowia powrócił noworodek Pietro Schiliro. Urodził się on 25 maja ubiegłego roku z poważną wadą wrodzoną uniemożliwiającą oddychanie i został umieszczony na reanimacji. Rodzice, poinformowani przez lekarzy o beznadziejnym stanie dziecka, zaczęli za radą znajomego karmelity odmawiać nowennę do małżonków Martin.

Zachęcili też do tego wiele innych osób. Po kilku tygodniach stan dziecka uległ niewytłumaczalnej medycznie poprawie. Kiedy skończyło dwa miesiące, rodzice mogli je już zabrać do domu. Stwierdzona przez lekarzy wrodzona wada ustąpiła bez śladu. Całą dokumentację przedstawiono władzom kościelnym w Mediolanie, które zapewne jeszcze w tym roku zakończą diecezjalną fazę procesu w sprawie cudu i przekażą jego dalsze prowadzenie Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych.

Rodzice świętej Teresy od Dzieciątka Jezus będą drugim w historii małżeństwem, które zostanie razem wyniesione do chwały ołtarzy. Pierwszą taką parą małżeńską są błogosławieni Maria i Alojzy Beltrame Quattrocchi. Żyli oni w XX stuleciu w Rzymie. Jan Paweł II beatyfikował ich przed dwoma laty. Ponadto we Włoszech przygotowywane są procesy beatyfikacyjne jeszcze dwóch innych XX-wiecznych małżeństw. Jeden rozpoczął się już na szczeblu diecezjalnym w Katanii na Sycylii, a drugi zostanie otwarty pod koniec tego roku w diecezji rzymskiej.

Dziękuję Bożej Opatrzności.

Gdy 26.08.2001 powstała w Hamburgu wspólnota rodzin uzależnionych, którą powierzyłam pod opiekę Św. Michałowi Archaniołowi - rodzicom św. Tereski Zelie i Ludwikowi Martin i Mateuszowi Talbotowi zakochanemu również w świętej Teresce ufałam, że nastąpi taki moment, gdy rodzice św. Tereski, która opiekuje się mną zanim przyszłam na świat, dostąpią tej łaski i będą mogli naszym rodzinom służyć jako gwiazdy przewodnie.

Świętych Obcowanie w naszych czasach jest niewykorzystanym skarbem. O pomocy naszych patronów mogę świadczyć bardzo wiele.

Dzięki Trójcy Przenajświętszej za te wielkie dary i za naszych Orędowników w niebie.

Maria-Teresa z Hamburga           

 

 

Jacy byli Ludwik i Zelia Martin ?

bo o nich mowa - rodzice św. Teresy od Dzieciątka Jezus? Czego mogą nauczyć współczesnych małżonków, rodziców? On, Ludwik Martin, urodził się w 1823 r. jako syn kapitana armii francuskiej. Zdobył zawód zegarmistrza. W wieku 23 lat zapragnął wstąpić do klasztoru, ale przeszkodziła mu w tym nieznajomość łaciny. Osiedlił się w Paryżu, a potem wrócił do rodziców w Alencon. Tu otworzył zakład zegarmistrzowski.

Swój czas dzielił pomiędzy pracę zawodową, ćwiczenia duchowe, dzieła miłosierdzia, łowienie ryb i czytanie książek. Zapewne tak toczyłoby się dalej jego życie, gdyby pewnego dnia na moście św. Leonarda nie zobaczyła go pewna dziewczyna i nie usłyszała wewnętrznego głosu, który jej powiedział: "To ten, którego przygotowałem dla ciebie".

Po trzech miesiącach od tego wydarzenia, 13 lipca 1858 r. 35-letni Ludwik Martin został mężem Zelii Marii Guerin. Sakramentalny związek małżeński zawarli państwo młodzi w kościele Matki Bożej w Alencon. Być może w skojarzeniu tego małżeństwa miała udział pani Martin, która podczas kursów techniki koronczarskiej zwróciła uwagę na ładną i roztropną pannę Guerin. Ona, Zelia Guerin (ur. w 1831 r.), córka żołnierza cesarskiego, a później żandarma, nierozumiana przez matkę, pozostawała w wielkiej przyjaźni z siostrą i bratem.

Chciała zostać zakonnicą, ale rozmowa z przełożoną, osobą doświadczoną w kwestii powołań, sprawiła, że odłożyła swą decyzję na później. Nigdy jej nie żałowała. Nauczyła się sztuki robienia koronek i w wieku 20 lat założyła własne przedsiębiorstwo. Ich małżeństwo rozpoczęło się od okresu dziewictwa, które w tym środowisku było wysoko cenione. Uważano, że wyrzeczenie i umartwienie jest najlepszą drogą do nieba.

Niektóre źródła podają, że była to ich wspólna decyzja. Inne, że po ślubie Ludwik Martin zaproponował swojej żonie: "Pozwól, że będę cię uważał za mą najdroższą siostrę". Zelia - posłuszna, nieuświadomiona, zgodziła się. Sądzę, że ta druga wersja jest bardziej prawdopodobna, gdyż z późniejszych listów Zelii wynika, iż bardzo chciała mieć dużo dzieci.

Prawdopodobnie młoda żona zwróciła się w tej sprawie do spowiednika, gdyż to właśnie jego dyskretna interwencja nakłoniła Ludwika Martin do podjęcia współżycia małżeńskiego. Z tego związku przyszło na świat dziewięcioro dzieci, wśród nich późniejsza św. Teresa od Dzieciątka Jezus i Oblicza Pańskiego.

Czworo z nich zmarło we wczesnym dzieciństwie. Wszystkie córki państwa Martin zostały zakonnicami. Rodzice św. Teresy, jako bardzo gorliwi katolicy, rozpoczynali każdy dzień od Mszy św. o godzinie 5,30. Rzeczą święta były dla nich: niedzielny odpoczynek, modlitwa rodzinna, uroczystości liturgiczne kształtujące rytm całego roku.

Surowo przestrzegali postów. Nie byli jednak bigotami. Zelia cieszyła się, gdy ich córki były modnie i ładnie ubrane. Potrafiła także krytycznie ocenić nauki misjonarzy. Powołanie chrześcijańskie rozumieli jako troskę o drugiego człowieka: posadzenie włóczęgi przy swoim stole, znalezienie mu miejsca w przytułku dla nieuleczalnie chorych, odwiedziny u samotnych starców, chorych i umierających, obrona źle traktowanego dziecka.

Małżeństwo Ludwika i Zelii Martin było niezwykle zgodne, bo - jak pisze Zelia - "nasze uczucia były zawsze nastrojone na jeden ton". Decydującą rolę odegrała w nim niewątpliwie Zelia. Znajdowała jednak oparcie w mężu we wszystkich swoich poczynaniach: "On zawsze był moim pocieszycielem i podporą".

Ludwika kochała i podziwiała, czemu dawała niejednokrotnie wyraz w swoich listach: "Jestem zawsze z nim szczęśliwa; on jest tego przyczyną, że życie moje jest bardzo miłe. Mąż mój - to święty człowiek. Życzyłabym wszystkim kobietom takich mężów". Pragnęła jego dobra i szczęścia. Z niecierpliwością oczekiwała powrotu Ludwika, który poza domem załatwiał sprawy związane z zamówieniami na koronki produkowane przez jej zakład: "Jestem dziś tak szczęśliwa, że Cię wkrótce zobaczę, iż nie mogę dziś pracować". Podczas swojego pobytu u rodziny w Lisieux, pisząc do męża, wyrażała swoją tęsknotę za nim: "Kocham Cię z całego serca i czuję, że podwaja się jeszcze moje uczucie przez to pozbawienie Twojej obecności. Byłoby dla mnie niemożliwością żyć z daleka od Ciebie".

Ludwik odwdzięczał się jej tą samą troską i opieką. Rozumiał swoją żonę, a w trudnych chwilach "pocieszał, jak tylko umiał, bo i on miał podobne do moich upodobania". Wiedząc, że żona nie lubi podróżować, podjął się prowadzenia jej interesów, które wymagały wyjazdów do Paryża. Odwiedzał też córki, które przebywały na pensji sióstr wizytek w Mans. Swoją opieką otaczał też teścia: "Jednego na stu znajdzie się takiego, który by tak dobrze się do teścia odnosił jak on". We wszystkich sprawach małżeństwo Martin podejmowało wspólnie decyzje. Pisząc o podjętych decyzjach, Zelia nie zapominała nigdy dodać: "Mój mąż zgadza się na to".

Wiedziała jednak doskonale, że potrafi wpłynąć na decyzje Ludwika i zawsze osiągała to, czego pragnęła "i to bez walki". Gdy Ludwik w interesach przebywał z dala od domu, Zelia przesyłała mu szczegółowe informacje dotyczące rodziny, zwłaszcza dzieci, spraw związanych z gospodarstwem domowym i prowadzonym zakładem koronkarskim.

Zelia miała jasny obraz roli kobiety jako żony i matki. Pisała o tym do brata, udzielając mu rad na temat wyboru żony: "Najważniejsze, by znaleźć kobietę o dobrych przymiotach, która by nie lękała się zabrudzić ręce w pracy, nie przywiązywała większej wagi do toalety, niż to wypada, która by umiała wychować swoje dzieci do pracy i pobożności". Sama była żywym przykładem takiej kobiety.

Ich życie nie było pozbawione trudnych doświadczeń. Związane były one z przedwczesną śmiercią ich czworga dzieci, kłopotami z wychowaniem córki Leonki i wreszcie z długotrwałą chorobą nowotworową Zelii. Wszystkie te i inne problemy nieśli i pokonywali wspólnie.

Swoje troski z wielką ufnością powierzali Bogu i w Nim znajdowali siłę do przezwyciężania przeszkód.

Ludwik i Zelia Martin ukazują nam, jak w szarym, codziennym trudzie wypełniać nasze powołanie małżeńskie zgodnie z zasadami Ewangelii. Ich przykład może dodać nam odwagi, umocnić, zachęcić do większych starań w tej dziedzinie. Ukazują, że warto oprzeć naszą małżeńską miłość na miłości Boga, który sam jest Miłością. Może wtedy łatwiej będzie pochwalić żonę za dobry obiad, powiedzieć mężowi, że nasza miłość do niego trwa nadal. Może wówczas miłowanie żony, jak siebie samego, nie będzie wyrzeczeniem, ale przyniesie radość. Może wtedy poddanie się mężowi nie będzie ofiarą, lecz wspólnym dążeniem do szczęścia.

 

Przyjąć dziecko

Czy chcecie przyjąć (...) potomstwo, którym was Bóg obdarzy?

To pytanie kieruje kapłan do narzeczonych w czasie zawierania sakramentalnego związku małżeńskiego Jak postrzegali dziecko rodzice św. Teresy od Dzieciątka Jezus - Ludwik i Zelia Martin? Zelia bardzo pragnęła mieć dzieci.

Tak planowała: "Mam ich (dzieci) już pięcioro, nie licząc tych, które jeszcze mogą przyjść, gdyż nie wątpię, że będę ich miała jeszcze troje, albo czworo". Oczekując narodzenia swojego ostatniego dziecka (przyszłej św. Teresy), pisała: "Kocham dzieci do szaleństwa. Urodziłam się po to, by je mieć, ale wkrótce nadejdzie czas, że to się skończy. Dwudziestego trzeciego bieżącego miesiąca skończę czterdzieści jeden lat, a w tych latach bywa się babcią". Dzieci były dla małżeństwa Martin źródłem wielkiej radości.

Każdy (!) list Zeli pisany do męża, brata, bratowej, siostry czy później starszych córek zawiera informacje o rozwoju, osiągnięciach czy zachowaniach dzieci. Jest w nich radość i duma z ich posiadania. O Helence pisze: "Prawie nie mogę uwierzyć, że jestem matką tak rozkosznego stworzonka". Kiedy wszyscy podziwiali starsze córki, "ja promieniałam z radości i mówiłam do siebie: «To właśnie moje córki! A mam jeszcze inne dwie: jedna piękna. Druga nie jest tak piękna, ale na równi z innymi ją kocham, choć mi może nie przyniesie zaszczytu»". Zelia uważała, że "zajmowanie się dziećmi - to praca przyjemna. Gdybym tylko to miała do roboty, uważałabym się za szczęśliwą kobietę".

Podobne uczucia do swoich dzieci żywił Ludwik, który poświęcał im wiele czasu. Dużo radości dawały mu wspólne spacery z córkami. Gdy tylko pogoda sprzyjała, przechadzki a czasami wycieczki całej rodziny były stałym elementem niedzielnego wypoczynku.

 

Zaspokajanie potrzeb

Państwo Martin nie rozpieszczali swoich córek. Zelia nie ulegała ich kaprysom: "Nie rozpieszczałam jej, jak była maleńka i nic jej nie przepuściłam. Nie dręczyłam jej, ale musiała ustąpić". Znała pragnienia swoich córek dotyczące spraw materialnych: "(...) mówiły mi, że pragnęły mieć torby podróżne, jakie mają wszystkie ich koleżanki". Podchodziła jednak do nich bardzo rzeczowo: "Pozwalałam im mówić, ale ponieważ kupuję im tylko rzeczy konieczne i mogły się bez tych toreb obejść, więc nie uważałam za potrzebne spełnić ich prośbę". Zdawała sobie sprawę, że po tak długim czasie oczekiwania "teraz jakaż to będzie dla nich radość", gdy otrzymają wymarzony prezent. Bardziej pobłażliwy był Ludwik, szczególnie czuły na płacz dziecka: "wtedy zaczęła płakać i Tatuś ustąpił".

Zgoła inaczej traktowano prośby córek związane z obecnością rodziców przy nich. Zelia przerywa pracę w warsztacie, gdy chora córka "nie chce, by prócz mnie ktokolwiek jej dotykał".

W wychowaniu dzieci daje się zauważyć z jednej strony ogromną troskliwość i czułość rodziców, z drugiej wielką konsekwencję w postępowaniu i nie rozczulanie się nad nimi. Listy, które Zelia pisała do starszych córek - szczególnie do Pauliny, która z czasem stała się także jej powiernicą i przyjaciółką - są pełne macierzyńskiej miłości, szczerego zainteresowania i zatroskania o każdy szczegół ich życia na pensji. Sama również bardzo szczegółowo donosiła córkom o wszystkim, co działo się w domu. Młodsze córki układała wieczorem do snu nie szczędząc im pieszczot. Ta czuła matka nie reagowała jednak na chimery dzieci. "Mamusia zdawała się nie zwracać na mnie uwagi (...); łzy moje przeszły w krzyk...

Nie mogłam zrozumieć, dlaczego nie podziela mojego zmartwienia (...)" opisuje św. Teresa sytuację, gdy mama nie chce spełnić jej zachcianki. Państwo Martin myśleli również o przyszłości dzieci. Ciężko chora Zelia prosiła bratową, z którą pozostawała w zażyłych stosunkach: "Wspomożecie je (córki) swoimi radami, a gdyby zdarzyło się nieszczęście, że stracą i ojca, weźmiecie je do siebie, prawda?" Pragnęła, aby - dla dobra dzieci - mąż skorzystał z delikatnie przekazanej propozycji jej brata i przeniósł się po śmierci żony do Lisieux. Wiedziała, że brat i bratowa otoczą je czułą opieką.

Wszyscy rodzice mają moralny obowiązek troski o dobro dziecka. Troska ta rozpoczyna się na długo przed narodzeniem potomstwa. Pierwszorzędną bowiem sprawą jest pragnienie posiadania dziecka i zgoda obojga rodziców na jego przyjęcie. Wspaniałym wzorem do naśladowania jest tutaj postawa Ludwika i Zelii Martin, którzy z radością oczekiwali każdego dziecka. Podobnie jak u wielu współczesnych rodziców, oczekiwanie to połączone było z niepokojem dotyczącym zdrowia i przyszłości potomka. Potrafili jednak przyjąć każde dziecko jako dar powierzony przez Boga ich opiece.

Myślę, że takie spojrzenie na prokreację pomogłoby wielu rodzicom zaakceptować dziecko, którego poczęcie nie zostało przez nich zaplanowane. Świadomość daru, tak silna u państwa Martin, pomaga jednocześnie w podmiotowym traktowaniu dziecka. Taka postawa ułatwiłaby współczesnym rodzicom zrozumienie, iż dziecko mają nie w celu zaspokojenia własnych potrzeb emocjonalnych, nie dla siebie, ale by oddać je światu. Ma ono w przyszłości żyć własnym życiem i do tego powinni przygotować je rodzice.

Życzyłabym wszystkim rodzicom, aby posiadanie dzieci było dla nich źródłem tak wielkiej radości, jakim było dla rodziców św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Wielką, a czasami nadmierną wagę przywiązują współcześni rodzice do zaspokojenia potrzeb materialnych dzieci. Także państwo Martin pragnęli, aby ich dzieciom nie brakowało niczego, co jest potrzebne do życia; pracowali, aby zapewnić im dostatnią przyszłość. Można podziwiać ich rozsądek w zaspokajaniu pragnień córek. Otrzymywały one to, co było im na co dzień niezbędne, natomiast nieco dłużej musiały czekać na dobra, które - zdaniem rodziców - były luksusowe. Zdarzało się również, że marzenia panien Martin nie zostały zrealizowane, chociaż rodzice mogli je spełnić.

Jest to ważna lekcja dla współczesnych rodziców, że dziecko nie zawsze musi mieć to, czego pragnie, a marzenia nie muszą być natychmiast zaspokajane. W pełni natomiast zaspokajali potrzeby psychiczne swoich dzieci, dając im poczucie bezpieczeństwa i ogrom miłości. Jakże często nasze dzieci posiadają nadmiar dóbr materialnych, a jednocześnie cierpią na niedosyt rodzicielskiej bliskości.

 

Wychowanie religijne

Czy chcecie (...) po katolicku wychować potomstwo, którym was Bóg obdarzy?

Na czym ma polegać chrześcijańskie wychowanie dzieci? Zacznijmy od wychowania religijnego. Oto jak to zadanie realizowali rodzice św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Zelia i Ludwik zabierali dziewczynki na uroczystości religijne, zachęcali je do częstej modlitwy oraz żywo interesowali się ich życiem duchowym, gdy przebywały na pensji w Mans: "Myślę, że przystąpicie dzisiaj, w dzień Wszystkich Świętych, do Komunii świętej, jak również jutro, w Dzień Zaduszny".

Jednocześnie córki były świadkami udziału rodziców w codziennej Mszy św., wyjazdów pielgrzymkowych ojca, wspólnej modlitwy, działalności rodziców w stowarzyszeniach katolickich, poszanowania odpoczynku niedzielnego ("...należy bardzo na to uważać, by nie pracować w niedzielę"). Ludwik z kolei uczył je dobroczynności:

"W czasie spacerów tatuś lubił dawać mi pieniążki, abym zanosiła je spotkanym ubogim".

Państwo Martin często udzielali pomocy osobom ubogim, interesowali się ich losem, występowali w obronie ludzi pokrzywdzonych, cierpiących.

Podstawową lekturą religijną w domu państwa Martin były książki: "O naśladowaniu Jezusa Chrystusa", "Podręcznik chrześcijanina", "Rok liturgiczny", wiersze Wiktora Hugo, Lamartinne'a, gazeta "La Croix". Być może w obawie przed złym wpływem prasy "Tatuś zabronił nam czytania jakichkolwiek dzienników". Żarliwość religijna Ludwika i Zelii Martin pozbawiona byla wszelkiej dewocji.

Zelia szczerze, bez ogródek wydawała swój osąd: "Mamy od tygodnia dwóch misjonarzy, którzy prawią nam trzy nauki dziennie. Według mnie, jeden nie mówi lepiej od drugiego.

Z obowiązku jednak chodzimy ich posłuchać i, dla mnie przynajmniej, jest to jeszcze jedna pokuta więcej". Uważała również, że nic złego się nie stanie, gdy czteroletnia Terenia pomodli się następnego dnia, gdy zapomniała to zrobić wieczorem. Nie jest również zadowolona, że Marynia codziennie o szóstej rano uczestniczy we Mszy św., gdyż uważa, że jest to zbyt wczesna pora dla młodej dziewczyny. Jednocześnie we wszystkich niemal listach Zelii odczytać można całkowite zawierzenie Bogu we wszystkich sprawach związanych z życiem doczesnym i przyszłym.

Państwo Martin z ufnością powierzają Bogu całe swoje życie i godzą się z Jego wolą: "(...) dobry Bóg pomaga wszystkim, którzy w Nim ufność pokładają, i nie widziano nikogo, kogo by On zawiódł". Ukazują dzieciom, że pragnieniem każdego chrześcijanina powinno być dążenie do świętości. Tego chcą zarówno dla siebie, jak i dla córek: "Mam nadzieję, że będzie dobrą dziewczyną (Marynia), ale chciałabym, by była świętą, tak jak i Ty, moja Paulinko". Zdaje sobie sprawę, że "potrzeba całego życia, by dojść do doskonałości".

Zachęcała córki do pracy nad sobą i wytrwałości. Uważała, że zadaniem rodziców jest wychować dzieci dla nieba. Pragnąc świętości dla dzieci, nie wiązała jej tylko z powołaniem zakonnym. Nie nakłaniała też córek do wyboru takiej drogi życia, często wręcz wątpiła w to, że byłyby odpowiednimi kandydatkami na zakonnice.

Podstawą wychowania, a szczególnie wychowania religijnego jest przykład rodziców. Nie można nakłaniać dziecka do praktyk religijnych, gdy nie czynią tego rodzice. Byłaby to obłuda, którą dziecko szybko odkryje. Takie postępowanie rodziców może prowadzić do ukształtowania postaw konformistycznych nie tylko w odniesieniu do życia religijnego. Życie prawdą, życie prawdami ewangelicznymi obserwowały dziewczynki na co dzień u Ludwika i Zelii Martin. Ich działania były zgodne z nauką Chrystusa:

"Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie" (Mt 5,37a). Taki niezakłamany wzorzec religijności przekazywali Zelia i Ludwik swoim córkom. Ta właśnie szczerość, prostolinijność, brak sprzecznych komunikatów przekazywanych dzieciom może być dla dzisiejszych rodziców wzorem wychowania chrześcijańskiego w ogóle, a religijnego w szczególności.

 

Napisz do autorki strony