Życie Ojca Hermana - cz. 1

 

 

 

 

SPIS TREŚCI

Słowo od tłumacza

Przedmowa do francuskiego wydania

Odpowiedź

ROZDZIAŁ I
Urodzenie i młodość Hermana

ROZDZIAŁ II
Artysta

ROZDZIAŁ III
Zwycięstwo łaski

ROZDZIAŁ IV
Neofita

ROZDZIAŁ V
Powołanie

ROZDZIAŁ VI
Nowicjat

ROZDZIAŁ VII
Pierwsze nawrócenia

ROZDZIAŁ VIII
Pierwsze prace apostolskie

ROZDZIAŁ IX
Klasztor w Bagnères

ROZDZIAŁ X
Święta Pustynia

ROZDZIAŁ XI
Rodzina Ojca Augustyna

ROZDZIAŁ XII
Fundacja w Lyonie

ROZDZIAŁ XIII
Fundacja w Londynie

ROZDZIAŁ XIV
O. Augustyn w Świętej Pustyni

ROZDZIAŁ XV
Gorliwość O. Augustyna

o zbawienie dusz

ROZDZIAŁ XVI
Apostoł Eucharystii

ROZDZIAŁ XVII
Nabożeństwo do Najświętszej Panny
i Świętych. Miłość dla Kościoła

ROZDZIAŁ XVIII
Cnoty O. Augustyna

ROZDZIAŁ XIX
Ostatnie prace i śmierć Ojca Augustyna

DODATEK
Wiązanka rad duchownych
wyjętych z listów Ojca Hermana

 

 

Linki: Herman Cohen

 

KONWERTYCI NARODU ŻYDOWSKIEGO
w karmelu terezjańskim

 

 

 

 

 

 

 

      

 

 

 

 

 

ŻYCIE OJCA HERMANA

 

 

W ZAKONIE

 

 

Augustyna Marii od Najśw. Sakramentu

 

 

karmelity

 

 

 

 

 

„Życie Ojca Hermana, w zakonie Augustyna Maryi od Najświętszego Sakramentu karmelity", przekład z francuskiego – nie zawiera nic przeciwnego wierze św. i dobrym obyczajom, przeto dla zbudowania wiernych drukowanem być może.

 

                Kraków, dnia 31 maja 1898.

 

X. dr. Julian Bukowski

Cenzor ksiąg treści religijnej

 

L. 2794

 

 

 

Pozwalamy drukować

Z Konsystorza książęco Biskupiego

W Krakowie, dnia 1 czerwca 1898

 

X. Gawroński

w.g.

 

 

 

U stóp Jezusa

utajonego w Najśw. Sakramencie

                            składa tę pracę

 

                                     Tłumacz

 

 

 

Słowo od tłumacza.

 

     Życie O. Hermana, karmelity, którego obecnie przekład wydajemy [1], już piętnaście lat temu zostało napisane w języku francuskim przez ks. Karola Sylvain, doczekało się kilku wydań, oraz listów pochwalnych od wielu biskupów i powag kościelnych. Dotąd nie znalazło polskiego tłumacza. Nam się jednak zdało, iż od życia Hermana wieje dziwny urok, a że ten urok odczują i u nas te dusze pobożne, które nie szukają w żywotach Świętych pokarmu dla wyobraźni, ale pragną się zbudować, nauczyć i zagrzać. W zetknięciu z gorącym Apostołem Eucharystii niezawodnie i nauczą się wiele i przede wszystkim zagrzeją. Ten, który przyszedł „ogień miotać na ziemię", rozdmuchał potężny płomień w duszy nawróconego Hermana; oby niektóre serca, czytając ten życiorys, rozpaliły się miłością Jezusową; oby poznały raz więcej jak „słodkim jest Pan" dla tych, którzy Go miłują i służą mu wiernie.

 

                         Tłumacz.

 

   Kraków 1898 r.

W Święto Imienia Jezus

 

 

 

 

Przedmowa do francuskiego wydania.

 

 

Do Przewielebnego O. Łukasza od Św. Jana od Krzyża.,

Jenerała Zakonu Karmelitów bosych.

 

 

Najprzewielebniejszy Ojcze!

 

         „W. O. Augustyn Maria od Przenajświętszego Sakramentu był prawą ręką W. O. Dominika od św. Józefa przy założeniu i utwierdzeniu winnicy św. M. Teresy we Francji. I był zaiste jakby wybrańcem Bożym, którego Opatrzność w szczególniejszy sposób przeznaczyła za narzędzie do rozwoju naszej Reformy".

 

         Słowa te W. O. Nikodema od Pana Jezusa przeora świętej pustelni w Tarasteix, usprawiedliwią, sądzę, zamiar mój wydania pod osłoną Przewielebności Waszej: mniejszej książki, przeznaczonej dla pożytku w ogóle wszystkich, a w szczególności przyjaciół Karmelu. W. O. Augustyn znany bardziej pod imieniem Hermana, cieszył się sławą w świecie artystycznym, gdy go łaska Boska, jakby drugiego Pawła obaliła na drodze uciech światowych i zaszczytów, za którymi gonił z taką żądzą i usilnością, jakby one były nieodzownym. jego życia żywiołem. Skoro atoli raz poznał prawdę, nigdy już wstecz się nie cofnął; wyrzekłszy się judaizmu, zapragnął Chrztu świętego i wszedł na drogę pokuty i ofiary z tymże samym zapałem ducha, z jakim wpierw kroczył po ścieżkach złego.

 

         To nadzwyczajne i nieprzewidywane nawrócenie miało wielki rozgłos; wstąpienie do Karmelu napełniło radością dusze chrześcijańskie, a niektórych dawnych jego znajomych zdziwiło i rozjątrzyło; wszyscy mówili o wielkości wzniosłości jego ofiary. Gdy zaś z ciszy klasztornej znowu na świat wystąpił, i opowiedział, w jaki sposób wszedł na drogę zbawienną, ognista jego wymowa wzruszyła słuchaczów do głębi duszy.

 

         Na świecie atoli oprócz ogólnej wiadomości o nawróceniu się tego męża Bożego i apostoła gorliwego, nic więcej nie wiedziano; to, że artysta sławny przyoblókł habit zakonny, wystarczało dla zaspokojenia ogólnej ciekawości i wzbudzenia podziwu; szczegóły jego życia nieznane były nikomu. Nie wiedziano wcale o tych przedziwnych cnotach, które zakwitły w jego sercu pod suknią zakonną. Nie domyślano się nawet o przeobfitych skarbach łask Boskich, którymi dusza jego uposażoną została, a które jak z obfitego źródła popłynęły na świat wezbranym potokiem. Ja sam, co miałem szczęście poznać go osobiście i słyszeć nieraz mówiącego, zachwycony wprawdzie byłem cudownym jego nawróceniem, ani jednak przypuszczałem tych przedziwnych darów, w jakie opływał. Tak bowiem Bóg dozwala, że słudzy Jego często żyją w pokornym ukryciu, a dopiero śmierć odsłania wspaniały obraz ich cnót i zasług.

 

         Pisano nieraz o nawróceniu O. Hermana i o niektórych szczegółach jego życia, jako artysty i jako zakonnika, ale jak dotąd, pobieżnie tylko; dokładnego zaś opisu, jego życia, dwudziestoletniego poświęcenia dla chwały Bożej i zbawienia ludzi dotąd nie było. Dusze pobożne jednak, które doznały zbawiennego wpływu jego kierownictwa i ci wszyscy, którzy ściślej z nimi byli złączeni przez związek krwi, lub co więcej przez węzły wspólnego poświęcenia na służbę Bożą, od dawna żywili pragnienie, aby taka praca podjętą została. Rodzina duchowna O. Hermana, z którą dawna przyjaźń mnie łączy, zwróciła się do mnie z wezwaniem do napisania tego życiorysu. Zrazu zawahałem się, gdyż zdawało mi się, że już wszystko o nim było powiedziane, co by się dało powiedzieć. Gdy mi jednak dostarczono bardzo cenne materiały, które zawierały szczegóły dotąd o nim nikomu prawie nieznane, gdy O. Augustyn jakby sam stanął przede mną i odsłonił te cuda życia duchownego, które działanie łaski Bożej w nim sprawiły, już zaprawdę wahać się nie mogłem i postanowiłem ograniczyć się na prostym zestawieniu udzielonych mi materiałów zostawiając samemu Hermanowi rolę biografa.

 

         Jakiegoż to rodzaju były te materiały?

 

         Herman od pierwszego dnia Chrztu swego, zwykł był prowadzić dziennik i każdego wieczoru notował w nim wszystko, co mu się w ciągu dnia zdarzyło. Zapisywał otrzymane wrażenia, sprawozdanie z czytanych dzieł, osoby z którymi się spotykał, a nade wszystko to, co czynił dla swego udoskonalenia się. Często jedno słowo jeden wyraz jasny, treściwy wystarczał mu do wyrażenia stanu duszy, i do odsłonięcia jego życia, już w pełni chrześcijańskiego, chociaż tak dla niego nowego. Tego właśnie drogocennego dziennika cząstka odszukaną została w pozostałych po nim papierach, i stąd nieoceniona pomoc dla historyka. Następnym źródłem był pamiętnik spisany przez O. Augustyna z nakazu przełożonych, po wstąpieniu do zakonu. O. Augustyn zwierza się w nim ze wszystkich upadków swego burzliwego życia, i na wzór św. Augustyna, patrona swego, uwielbia Boskie nad sobą miłosierdzie. W liście zaś do O. Alfonsa Ratyzbony, pisanym na drugi dzień po Chrzcie świętym, uzupełnia swoje wyznanie, wyświetlając w najdrobniejszych szczegółach okoliczności dotyczące swego nawrócenia. Nadto wszystkie rękopisy O. Augustyna, przemowy nauki, kazania, – wszystko to dostało się w moje ręce.

 

         Między papierami pozostały jeszcze setki listów do rozmaitego stanu i wieku osób. Listy te udzielone nam zostały, przez te same osoby, do których były adresowane, tworzą one obraz dokładny tej świętobliwej duszy. Pisane w różnych wypadkach życia, pod wrażeniem chwili, i nieprzeznaczone do ogłoszenia, są wiernym wyrazem tych uczuć, które poruszały jego serce i ożywiały duszę.

 

         W pomoc do tych cennych i poufnych materiałów, przybyły świadectwa współbraci z zakonu bądź przełożonych, bądź przez niego samego wykształconych w praktykach życia zakonnego. A nie tylko rodzina duchowa, ale i rodzona O. Hermana według ciała, dołączyła swoją wiązankę wspomnień; ci drodzy sercu jego, których prowadził do Boga, dadzą w tym opowiadaniu wyraz swej wdzięczności i szczerego uznania.

 

         Te są Ojcze Najprzewielebniejszy źródła, z których mogłem korzystać, i przeto wyznać muszę, że praca przeze mnie podjęta jest raczej owocem samego Ojca Augustyna i przyjaciół jego, niż moim nieudolnym dziełem.

 

         Szczególnie miło mi było pracować nad tym życiorysem w zaciszu klasztornym i jakoby pod okiem Twoim Najprzewielebniejszy Ojcze; doznaję też prawdziwej przyjemności, ogłaszając tę pracę pod osłoną Twego dostojnego imienia, jako wyraz pobożności i miłości do Najśw. Pani z Góry Karmelu, a razem jako dowód uznania pożytku i potrzeby zgromadzeń zakonnych, które w dzisiejszych czasach tak są nienależycie ocenione.

 

         Jeśliby ci, co znieść je zamierzają, byli ludźmi dobrej wiary, gdyby ich nie zaślepiała nienawiść względem tego, co jest święte i wzniosłe, dosyć by im było, sądzę, przypatrzyć się cnotom, i poświęceniu Ojca Augustyna, żeby się dać przekonać. Roztaczając przed czytelnikami obraz życia O. Hermana, nie pojedynczą postać stawiamy przed ich oczami! – Bogu dzięki, jest takich mnóstwo, co, jak on wyrzekli się zaszczytów, rozkoszy i próżności tego świata, aby z większą łatwością, wolni od wszelkich więzów, w zupełności się poświęcić pracy dla uszczęśliwienia i zbawienia własnego i bliźnich swoich.

 

         Najprzewielebniejszy Ojcze! znałeś i nieraz widziałeś Ojca Augustyna, byłeś jego przełożonym, i zająłeś stanowisko Generała Zakonu po czcigodnym Ojcu Dominiku, który miał dla niego miłość Ojca; co więcej, na mocy swej władzy, zatwierdziłeś ten czyn jego ostatni, którego się on podjął ku większej chwale Bożej, dla zbawienia i ulżenia losu nieszczęśliwych żołnierzy francuskich, zostających w niewoli pruskiej, czyn uwieńczony śmiercią, którą można podnieść do wysokości dobrowolnie podjętego z miłości i wiary męczeństwa.

 

         Te pobudki, Najprzewielebniejszy Ojcze! a również i pamięć uprzejmości, jaką raczyłeś mnie zaszczycać, skłoniły mnie to dzieło Twoim przyozdobić imieniem, a tern samem zjednać mu znaczenie, jakiego imię i pióro moje nie mogłyby mu udzielić.

 

         Racz przyjąć, Najprzewielebniejszy Ojcze! wyrazy czci i wysokiego poważania, z jakiem mam zaszczyt zostawać Twoim, i Najprzewielebniejszy Ojcze,  uniżonym i oddanym sługą.

 

                   Rzym w Maju 1880 r.

                                                                                              Karol Sylwain.

 

 

 

 

ODPOWIEDŹ

 

Przewielebnego O. Łukasza od Św. Jana od Krzyża

Jenerała Zakonu Karmelitów bosych.

 

 

                   Czcigodny Księże Kanoniku!

 

         Dziękuję Ci w imię całego Zakonu za piękne dzieło które mi dedykujesz. Życiorys O. Augustyna był gorąco upragniony przez licznych przyjaciół jego, i zaprawdę godziło się wysławić tem dziełem Boga wspaniałego w Świętych swoich.

 

         Życie świątobliwego zakonnika opowiedziane z talentem i z zupełną bezstronnością zajmie czytelników, ale szczególniej zbuduje i zachęci tych. co byli dalecy od Boga a utwierdzi w dobrem wierne sługi Jego, pokazując jak daleko na drodze doskonałości zajść można, gdy się było posłusznym na pierwsze wezwanie łaski? Zechciej przyjąć czcigodny Księże Kanoniku wyraz mej wdzięczności i uszanowania z jakiem pozostaję

 

powolnym sługą:

 

Br. Łukasz od św. Jana od Krzyża

Jenerał Zakonu Karm. b.

 

         Rzym, 4 Maja 1880.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

A. m. D. g.

 

 

 

ŻYCIE OJCA HERMANA

 

W ZAKONIE

 

Augustyna Marii od Najśw. Sakramentu

 

karmelity

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ I

Urodzenie i młodość Hermana

 

         Herman Cohen urodził się w Hamburgu d. 10 Listopada 1820 r. z rodziców izraelitów Dawida Cohen i Rozalii Benjamin. Pomiędzy licznymi i bogatymi rodzinami starozakonnymi, które zamieszkiwały wówczas handlowe to miasto, rodzina Cohen zajmowała pierwszorzędne miejsce. Pochodziła z pokolenia obsługującego niegdyś świątynię Jerozolimską, jak wskazuje samo ich nazwisko, (gdyż Cohen po hebrajsku znaczy kapłan), i przywilejem tej rodziny było, udzielanie ludowi błogosławieństwa; Herman opowiadał później, iż pamiętał jak ojciec jego i bracia czynili to w bóżnicy.

 

         Ale mniemane postępy cywilizacji XIX-go wieku wkradły się i do wyznania żydowskiego. Na czele reformy stanęli pseudooświeceńsi potomkowie Abrahama, i nazwali ją – neojudaizmem. Porzucono język hebrajski, kazania odbywały się po niemiecku i wiele dawnych praktyk usunięto. Rodzina Cohen należała do reformatorów i zaczęła uczęszczać do nowej bóżnicy. Mały Herman nie miał pociągu do tych nowości, i daleko wolał poważniejsze ceremonie starej świątyni. „Gdy widziałem, mawiał, rabina wstępującego po stopniach, odsuwającego zasłonę i otwierającego drzwi miejsca świętego, czułem w sobie jakieś uroczyste wzruszenie". Ta duszyczka już miała przeczucie tych uczuć, które ją miały kiedyś napełnić. Ale i te piękne, starodawne ceremonie zostawiały w sercu jego czczość i próżnię. „Moje oczekiwania nie były zaspokojone, gdy lewici z wielkim namaszczeniem wyciągali z futerału, z przepysznej materii jedwabnej, zwoje pergaminu zapisane hebrajskimi zgłoskami z koroną królewską u wstępu. Niesiono z wielką ceremonią ten zwój pergaminu do pulpitu, tam go rozkładano, i zaczynano czytanie pisma św. po hebrajsku; Ja drżałem cały ze wzruszenia". Ale chłopczyna po hebrajsku nie rozumiał; słowa spadały zimne jak lód na jego serce; szukał na próżno ich znaczenia, zostawały dla dziecka martwą tajemnicą. Bóg jednak przemawiał już do tego dziecięcego serca; czuł pociąg i potrzebę modlitwy. Czasami wołał siostrzyczkę i razem śpiewali pieśni, odmawiali psalmy. Ich duszę ogarniało wzruszenie, a był to jakoby przedsmak tych niewysłowionych uczuć, których mieli kiedyś zakosztować u stóp pańskich ołtarzy. Trzydzieści lat potem, odnajdywał Herman w duszy owe wrażenia lat dziecięcych.

 

         Tymczasem przyszedł czas nauki; pierwsze lekcje miały już zapoznać dziecko z językiem hebrajskim. Ograniczono się jednak do nauczenia go pisania po niemiecku; głoskami hebrajskimi, jak zwykle czynią żydzi, aby móc ukryć przed obcymi tajemnice swych korespondencji.

 

         Dawid Cohen był majętnym kupcem i chciał dać synom wykształcenie odpowiednie do majątku. Umieścił starszego Alberta i młodszego Hermana w zakładzie naukowym najpierwszym w Hamburgu, kierowanym przez protestanta. Współuczniowie byli wszyscy tegoż samego wyznania; przybycie małych izraelitów wywołało śmiechy, żarty, przycinki, ale chłopcy znosili to prześladowanie z tą zimną krwią żydowską, która umie zmilknąć, a na przyszłość odkłada zemstę, szukając odwetu na drodze zysków materialnych.

 

         Herman, nie czekając tryumfów finansowych nad kolegami, których się w przyszłości mógł spodziewać, zaraz postanowił zbierać laury na polu nauki. Że był nadzwyczajnie zdolny, a przy tym ujmujący, zdobył sobie w krótkim czasie uznanie profesorów i życzliwość współuczni, i powodzenie dzieciaka wszystkich w podziw wprawiło. To pobudziło w sercu Hermana tę próżność, która miała być początkiem jego późniejszych błędów i upadków.

 

         Rodzice nie tylko nie przytłumiali dziecięcej ambicji i próżności, ale ją podsycali, dogadzając we wszystkim i służąc kaprysom małego tyrana. Nadzwyczajne zdolności dziecka, pozornie usprawiedliwiały ich słabość. Miał Herman cztery i pół lat, gdy starszy brat zaczął się uczyć muzyki, natychmiast jął prosić, aby i jemu dawano lekcje; matka, która mu nic odmówić nie umiała, przystała na to, i wkrótce się przekonano, że zdolności dziecka w tym kierunku były wyjątkowe. Wnet brata za sobą pozostawił, a w szóstym roku już motywy z oper znanych wygrywał i własnymi fantazjami znawców zadziwiał. Tak we wszystkim.– zdawało się – pierwsze miał zająć miejsce, gdyż i inne nauki, zwłaszcza języki, przychodziły mu z równą łatwością. W wspomnieniach swoich przyrównuje się do Jakuba, wydzierającego przemocą bratu prawo starszeństwa, umiał bowiem wyzyskiwać na własną korzyść nagrody i pochwały, i przyznaje, że brat niemało od niego ucierpiał.

 

         Matka cieszyła się nadzieją, że skończywszy studia gimnazjalne, Herman przejdzie uniwersytet, ale tu niespodziewana powstała przeszkoda. Miał dziewięć lat dopiero, gdy zdał egzamin do klasy trzeciej; – rodzice obawiając się dla dziecka, przestawania z chłopcami o wiele starszymi, ulegając nadto zdaniu lekarzy, zatrzymali go w domu na rok, poświęcając ten czas wykształceniu go w muzyce. Smutno ten rok zaznaczył się w dziejach duszy Hermana. Była w niej próżnia, której dotychczasowe wychowanie niczym nie zapełniło. W zakładzie, do którego uczęszczał, naukę wiary zastąpiło suche streszczenie dziejów biblijnych, które zaledwie chwilowo działało na zapalną wyobraźnię dziecka; owe pierwsze dziecinne wrażenia zgasły, niepodsycane ani domowym ani zewnętrznym ciepłem. W rodzinie i w otoczeniu spotykał jedynie ludzi zajętych sprawami materialnymi, których widnokrąg zamykał się tam, gdzie się kończyły zyski, rozrywki lub zaszczyty. „Dom nasz – powiada on – był jak gniazdo mrówcze, gdzie każdy w ruchu; tu towary składają, tam pieniądze liczą, wszędzie mówią o interesach, a innej różnicy pomiędzy ludźmi nie widziałem jak stopień majątku, przed którym jedynie się korzono". Z pośród takiego otoczenia i przykładów, bez zasad i praktyk wiary, oddano dziecko w ręce nauczyciela, który miał kształcić jego talent muzyczny. Czym był ten nauczyciel, Herman sam opowiada.

 

         Uchodził za człowieka genialnego, zatem wybaczano mu wszelkie rodzaje dziwactwa, wszelkie nawet najwyuzdańsze wybryki; geniusz wszystko tłumaczył, i nikt w mieście nie byłby się odważył drzwi przed nim zamknąć. „Że go wszyscy podziwiali – powiada Herman, – więc i ja za wzór go sobie wziąłem, starając się, zwłaszcza w dziwactwach go naśladować. Polowałem więc z nim i brodziłem w wodzie po całych dniach, on grywał w karty, więc i ja tej namiętności się oddałem, on lubił konie, zbytki, dziwaczne stroje, więc i ja o to się starałem, i widząc, że sakiewka jego admiratorów zawsze mu była otwartą, nabyłem przekonania, że niema szczęśliwszego na świecie położenia jak artysty. Gdy mój nauczyciel mówił matce: „To dziecko ma prawdziwy geniusz!" – podbijało to jeszcze moją ambicję i otwierało pole marzeniom ".

 

         Zasoby talentu i woli były istotnie w dziecku niepospolite. Nauczyciel jego, napisał i odegrał z wielkim powodzeniem na koncercie, trudną bardzo kompozycję. To powodzenie już obudziło zazdrość młodziutkiego ucznia, który po kryjomu zaczął kawałek ów studiować, a wreszcie zażądał aby nauczyciel pozwolił mu go się uczyć. Gdy ta propozycja z wielkim oburzeniem odrzuconą została, Herman zdumionemu nauczycielowi odegrał ów kawałek i dowiódł, że nie tylko zrozumieć, ale wykonać, najwyższą muzykę potrafi. Maestro uszczęśliwiony, zabrał chłopca do piwiarni, aby się uczniem przed przyjaciółmi popisać. Od tej chwili matka z zapałem, ojciec niechętnie, zgodzili się, aby syn oddał się wyłącznie muzyce. Mniej szczęśliwe spekulacje, które spowodowały ciężkie majątkowe straty, pogodziły, jak się zdaje, kupca Cohen z przyszłą karierą dziecka. Co do Hermana, radość jego nie miała granic: „Widziałem przed sobą sławę, zaszczyty, podróże, awanturnicze przygody, a wszystko wyuzdana wyobraźnia malowała przedwcześnie w tęczowe blaski".

 

         I w późniejszych przemowach, i w wyznaniach swoich, opisywał nieraz O. Herman spustoszenia jakie wczesne uczęszczanie do teatrów w jego sercu zrobiły. Pod pozorem wyrobienia muzykalnego smaku, dziecko wciąż na operę prowadzono, a wyobraźnia jego zapalała się do teatralnych bohaterów; żył w atmosferze fantastycznej, marzył o romansowych przygodach i wzdychał za chwilą, gdy sam do nich dorośnie. . Ileż dziś dzieci, niestety, na niebezpieczeństwa podobne narażone, a jakże niewiele danym jest opłakać i naprawić je w późniejszym życiu jak Hermanowi!...

 

         Im bardziej wyobraźnia dziecka się zapalała tym bardziej serce, na wszystkie naturalne uczucie stygło i obojętniało. Miał jedenaście lat, gdy nauczyciel jego jadąc do Frankfurtu, proponował rodzicom Hermana aby go z sobą zabrać; chłopiec się palił do tej podróży która część jego marzeń urzeczywistniała. Boleść tego pierwszego rozłączenia odczuła dotkliwie matka, która go część drogi odprowadzała, ale jej łzy, uściski i czułe zaklęcia, stracone były dla dziecka znoszącego je niecierpliwie i wzdychającego za wolnością. Podróż ta wykształciła w nim zapał do muzyki, ale spotęgowała jeszcze rozbujałą fantazją. Za powrotem do Hamburga odrzucił resztę naukowego balastu, o grece i łacinie zapomniał, natomiast nabył wiele dla dwunastoletniej duszy zabójczych wiadomości.

 

         Postępy jego w muzyce były tak nadzwyczajne, iż uznano, że czas już przedstawić go światu. Profesor jego miał dawać koncert w Altonie, i na tym koncercie młody Herman po raz pierwszy wystąpił. Powodzenie dziecka- artysty było tak wielkie, iż się ośmielono przedstawić go publiczności wykwintniejszej i bardziej wymagającej w rodzinnym Hamburgu. Skutek przewyższył najśmielsze nadzieje i nazajutrz miasto całe brzmiało imieniem Hermana. Przedwczesne laury działały upajająco na młodą wyobraźnię, a matka, szczęśliwsza jeszcze od syna, widziała drogę otwartą do wszystkich marzeń matczynego serca. Od tej chwili, gotowa jut była na wszelkie poświęcenia. Zawiozła więc syna naprzód na dwór Wielkiego Księcia Meklemburskiego, potem do jego sąsiada Wielkiego Księcia Schwerin, a gdy im opowiedziała o zamiarze podróży do Paryża dla dalszego kształcenia, otrzymała listy polecające młodego artystę reprezentantem tych dworów w stolicy Francji. Pieszczot i podarunków nie brakło Hermanowi w tych wycieczkach, i w tryumfie powrócił do Hamburga.

 

         Wskutek wypadku, w którym sobie mały tryumfator palec skaleczył, zaniechano nieco mówić o podróży do Paryża. Ale gdy się ranka zabliźniła, Herman ani słyszeć nie chciał o zwłokach i z natarczywością matce przedstawiał konieczność korzystania z łaski Wielkich Książąt, i szukania w stolicy świata środków do rozwinięcia talentu i zapewnienia sobie korzyści w przyszłości.

 

         Słaba matka uległa faworytowi, a ojciec zajęty pracowitym odbudowaniem majątku, nie stawiał opozycji. Przed wyjazdem młody Herman wsławił się pierwszą kompozycją swoją. Była to kantata na cześć urodzin matki, a w tym dziele młodocianym przebijał się już jakiś powiew mistyczny, który miał znamionować późniejsze kompozycje jego. Dzienniki podniosły zalety tego dzieła, przyjaciele domu roznosili sławę dziecka- artysty, który już i tak aż nadto pełen siebie, nie wątpił od tej chwili, że był skończonym mistrzem. Już i praca wydała mu się zbyteczną wobec laurów, które zbierał po drodze, w koncertach danych w Hanowerze, Frankfurcie i innych miastach. Wszystko to podniecało jego nerwy, i im bardziej zbliżał się do Paryża, tym więcej wpadał w stan rozgorączkowania, nad którym ani nie umiał ani nie chciał zapanować. Męczył matkę i rodzeństwo ciągłymi pytaniami i niecierpliwym wyglądaniem owej Babilonii nowożytnej, która mu się wydawała rajem. Nie wątpił, że w niej znajdzie szczęście i sławę.... Tak! i szczęście i sława czekały go tam, po wielu, wielu latach upadlających uciech; ale jakiego rodzaju miało być to szczęście, tego wówczas ani się nie domyślał!

 

List Rafała Kalinowskiego
Do o. Wacława Nowakowskiego, kapucyna
Wadowice, 9 IX 1898

 

Mój Najdroższy, Odsyłam Ci korektę; bądź łaskaw - przejrzyj sam; wykreśliłem dwa czy trzy wyrazy, kierując się uwagą twoją. - Może napisać na stronicy 1-szej: Do tłumacza żywota itd., bez dodatku Obrazek z objawów itd. który wydał mi się zbyt "szumnym" teraz, wobec maluczkiego pisemka.

- Zresztą "kak znajetie". Jeżeli przeszkoda żadna nie zajdzie, poświęcenie odbędzie się w niedzielę o 9-tej rano. - Westchnij o tej godzinie za nas i za mnie nędznego

 

twój Rafał

----------------------------------------

 

List Rafała Kalinowskiego
Do s. Emilii Rozwadowskiej,
Dnia 11-go września 1898
1
Uroczystość Najśw. Imienia Maryi

Przewielebna Siostro,
Pragnieniu Twemu na koniec zadość się stało: doprowadziłaś do skutku zamiar Twój wydania żywota o. Augustyna Hermana w tłumaczeniu polskim, i nadto sama wykonałaś to tłumaczenie. Nie oglądałaś się na podjętej pracy trudy, zachowując przy tym ścisłe wykonywanie obowiązków w Twym zakonnym zgromadzeniu; nie szczędziłaś sił wątłego zdrowia, przezwyciężyłaś liczne przeszkody, a na łożu cierpienia jeszcześ wzdychała, by móc podzielić się pracą Twą z bliźnimi przez wydrukowanie tego dzieła.

Bóg Cię wysłuchał i wyszła teraz ta praca Twoja na widok publiczny.

Pobudką główną, co Cię skłaniała do tej pracy, było gorące pragnienie Twej pobożnej duszy - wykazanie potęgi Zbawiciela w Najświętszym Sakramencie, w nawróceniu z judaizmu do wiary świętej światowca i artysty i zarazem opisania dróg zaparcia się i pokuty jego w surowym zakonie łącznie z ofiarnością zupełną na uczynki miłości bliźniego z miłości ku Zbawcy a posłuszeństwa podjęte.

Zdarza się niekiedy, że bieg zwyczajny niektórych na razie nie mających związku ze sobą wypadków układa się w jedną wspólną całość i wówczas przybierają one znamiona szczególniej wydatne.

W czasie, gdy już do druku podanym zostało Twoje tłumaczenie polskie żywota o. Hermana, wielebny ojciec W[acław] udzielił mi do przejrzenia żywot nawróconej, ale ze schizmy - Natalii Naryszkin, rodem z. Moskwy, a po nawróceniu siostry w zakonie św. Wincentego a Paulo, wzmiankując przy tym, że w jej żywocie są ustępy dotyczące ojca Hermana. Nadarzyła mi się przez to sposobność do głębszego zastanowienia się nad tymi obu nawróconymi i niepodobna mi było nie podziwiać i nie uwielbiać nieograniczonej żadnymi przeciwnościami ludzkimi wszechmocy Boskiej, która jest zawsze mocną stargać wszelką i z kogo bądź zasłonę błędu, dla okazania światła prawdy i skierowania z ciemnoty wyzwolonych jednostek do spełnienia posłannictwa od wieków im wytkniętego!

Obecnością swą w Sakramencie Przenajświętszym zdobywał Pan Jezus Hermana; obecnością zaś swą w Kościele ś-tym pozyskał Natalię, która tak długo spocząć nie mogła, aż Zbawcę swego w Kościele odzyskać zdołała. Mistrzem zaś duchownym, przeznaczonym do ostatecznego wykształcenia piękna duszy Natalii Naryszkin, był właśnie o. Augustyn Herman. Spotkali się oni ze sobą bezwiednie, jakby ręką Opatrzności sprowadzeni z różnych ognisk wrogich Kościołowi św-mu, na łonie Kościoła. Jeden po chrzcie ś-tym prowadzi życie pokutne w Karmelu, oddany pracy bogomyślnej i misyjnej, jako męczennik ofiarności swej przy duchownej posłudze jeńcom francuskim w czasie wojny francusko-pruskiej w Spandau żywot swój na obczyźnie kończy; druga zaś - Natalia ucieka ze schizmy i skarb swej niewinności w bezpieczne składa schronienie jako córka Zgromadzenia Szarytek, i przez cały czas największych zamętów społecznych (1848-1874) zostaje w pracy bohatersko niekiedy podejmowanej dla niesienia pomocy bliźnim w najróżnorodniejszych potrzebach i trwa w poświęceniu się swym ofiarnym do ostatnich chwil życia swego.

Wierni wezwaniu i posłannictwu swemu powiedzieć mogli ze św-tym Ap. Pawłem: "Cursum consummavi, fidem servavi" 2.

Nie moim jest zadaniem dzisiaj, Przewielebna Siostro, trwać dłużej w tym zestawieniu obu postaci; myślą mą raczej spocząć w ognisku wiary ś-tej, w którym uwydatnił się związek tych dwóch dusz ze sobą.

Ale przede wszystkim niepodobna nie postawić sobie pytania: dlaczego Herman, opuszczając świat i ponęty jego, nie szukał pokuty w judaizmie, w którym przedtem zostawał? Dlaczego i Natalia, będąc dorosłą dziewicą i pozostając jeszcze w schizmie, i wówczas już czyniąc wrażenie w otoczeniu katolickim na zabawach światowych "d'une jeune filie a la physiono-mie et le maintien d'un jour de premiére communion" 3 dlaczego ona nie szukała w schizmatyckiej cerkwi pomocy do trwania w tym pięknie swej niewinności? Gdzie źródło miłości Bożej zapałów po chrzcie ś-tym u Hermana; jaka zaś nieznana siła kierowała ręką Natalii do nakreślenia wnet po przejściu swym na łono Kościoła ś-go następnego wyznania: "Je suis heureuse enfin! Oui, heureuse d'être rentrée au bercail, mais triste d'en être si indigne ce matin à 8 heures j'ai abjuré le schisme" 4.

Ach, źródłem, z którego wypłynęły potoki miłości, siłą, która sprowadziła wylew dotąd nieznanej radości - była wiara święta. Nie ma jej ani w judaizmie, ani w schizmie, lecz tylko w jednym prawdziwym Kościele Katolickim, i w tym Kościele jedynie każdy z obu naszych nawróconych źródło wody żywej dla duszy swej, spragnionej prawdy, mógł znaleźć.

Sprawcą tu sam Bóg. Posłuchajmy samej Natalii: "Comment peut on y résister à cette voix pénétrante? Elle finit par ne laisser plus d'aise et de repos. Oh! comme ce Dieu, qui nous parle ainsi au coeur, et habile à nous environner de toutes parts! On est comme bloqué, et Ton sent enfin qu'il vous emporte d'assault!" 5.

I sam Bóg wracającym do swej owczarni zdejmuje zasłonę ciemnoty dla okazania dziwów swej Boskiej prawdy; otwiera też zdroje pokrzepiające przez obcowanie ze sobą swych wybranych. Nie patrzą oni na swe ziemskie pochodzenie, czy z tej lub owej jaskini błędów są wyzwoleni - w Bogu spoczywają, w Bogu pokrzepienie sobie wzajemnie przynoszą.

"Jak ci się wywdzięczę za twój hojny dar" - pisze Natalia do swej siostry Katarzyny Naryszkin, także ze schizmy nawróconej, dziękując tej ostatniej za przysłaną jałmużnę. Chyba rozdawnictwem w tym imieniu na uczynki miłosierdzia, w których serce twe pozwala mi brać udział. Żyjąc sama w ubóstwie, w odpłatę mogę ci tylko ofiarować obrazek, lecz obrazek ten nosi podpis świętego. Zważ tylko, przez dni piętnaście korzystać mogłam z obecności o. Hermana. Wiesz o jego w r. 1847 nawróceniu. Nie dałabyś może wiary, do jakiego stopnia silnie i ustawicznie łaska działa w tej duszy. Składajmy wspólnie za to Bogu dzięki. Towarzyszki moje - odrodzone i przejęte wonią wdzięczną tylu cnót. Ten Ojciec podoba sobie najbardziej w naszym domku; znajduje w nim prostotę serc dzieci św. Teresy. Zwyczajnie miewał u nas Mszę św., a dziatki śpiewały pieśni jego o Przenajświętszym Sakramencie. Podpisując się wczoraj na obrazku, który ci posyłam, w rozrzewnieniu i weselu ducha przemówił do nas: Naprawdę nie zasłużyłem na to, abym mógł przychodzić do tego domu: Jezus żyje tu wszędzie - w Sakramencie Przenajświętszym, w kapliczce, w sercach waszych, w tej izdebce - słowem w tym domu wszędzie się oddycha Jezusem i miłością Jego! Siostry jakby promieniały od szczęścia i wdzięczności. Więc i ty, droga Siostro, dziękuj Bogu za łaski, które nam udziela. Niepodobna nie móc korzystać w jaki bądź sposób ze zbawiennego wpływu, który on wywiera".

W innym zaś liście do tejże siostry pisze: "Dobry ojciec Herman przybywa w poniedziałek... Jaka to rozkosz kochać Jezusa, jak Go miłowali święci, jak Go teraz miłują dusze święte... Miłość jak ogień ogarnia i przenika promieńmi swymi otaczających serca".

Nie przypuszczała Natalia, gdy te wyrazy kreśliła, myśli o wyroku, jaki był na nią samą wydany? Po nawróceniu się jej, jeszcze na świecie, przed wstąpieniem do zakonu, nazywano ją "une échappée du ciel", czyli jedną z najpiękniejszych dusz w Kościele św-tym.

Tak więc uwydatnia się w całej prawdzie i rzeczywistości, jak urocza niwa Kościoła; na tej niwie składa się wieniec z kwiatów barwy zachwycającej i tworzy on prawdziwą koronę chwały Bożej. Lecz jeżeli się Bogu podobało postawić na widowni dla wszystkich te dwa głośne spółczesne nawrócenia się, nie dlatego jednak Opatrzność to sprawia, aby one miały być wyłączne w dziejach Kościoła; wielu i w zaciszu Pan Jezus do siebie pociąga, a także i w naszej Ojczyźnie. Oto przykłady:

"Za przysłaną mi tak śliczną i dobrą książeczkę - pisze w liście z d. 9 sierpnia br. nawrócona Żydóweczka - rączki i nóżki całuję. Zaraz po otrzymaniu rozcinałam kartki, i przeczytawszy (sic) napiszę jako do Wielebnego mego Ojca, że kiedy myślę o Męce Najdroższego Zbawiciela, zawsze się rozpłaczę; mamy koło domu naszego kapliczkę z figurą, to jest Pan Jezus ukrzyżowany tam, ale tak było zaniechane; poszłam tam, wymiotłam, posprzątałam i zapaliłam lampkę. Czasem idę tam modlić się, a oglądać te straszne rany Pana Jezusa".

"Ja bym tak chciała - pisze w r. 1892 z protestantyzmu nawrócona matka kilkorga dzieci, a dobrze znajoma niektórym siostrom waszego zgromadzenia - ja bym tak chciała słyszeć kogoś bardzo kochającego Boga, aby mi mówił to, czego w żadnej książce nie znajdę, żebym i ja całym sercem i duszą oddaną była Bogu. Nie potrafię wypowiedzieć, czego chcę i pragnę, bo mi się zdaje, że bez mówienia wyczytasz w duszy mojej". Matką teraz jest wzorową, prawdziwie, jak mówi Ventura: une mére d'Eglise.

Przed kilku laty młodziuchna dzieweczka, rodem z Anglii, wyrzekła się błędów anglikanizmu; w jednej kapliczce w Krakowie warunkowo udzielony był jej chrzest święty. Bóg ją powołał do czuwania nad dziatkami w naszym kraju w rodzinie polskiej, wzorowo katolickiej.

Do trzech wspomnianych w tym samym czasie przybyła jeszcze jedna ze schizmy, jedna z luteranizmu - wszystkie więc szukały wyzwolenia się z niewiary, schizmy i kacerstwa i znalazły to wyzwolenie na ziemi naszej. Świadczy to o posłannictwie narodu naszego w Kościele świętym, posłannictwie, niestety dzisiaj u nas mało rozumianym.

Jeszcze jedno a ostatnie słowo, a to się dotyczy Twoich i Ciebie, Przewielebna Siostro. Niejednokrotnie zdarzało się widzieć w kaplicy naszej, jak dusze, które z drogi zbawienia były zeszły, uciekały się do nas i wołały o ratunek. Zbawca nasz, z ołtarza na nie spoglądając, goił ich rany i kierował ku gospodzie, gdzie by dobre opatrzenie znaleźć mogły. Gospodą tą - dom Waszego zgromadzenia, a Panią tej gospody - Maryja, Matka Miłosierdzia.

Jako synowi zakonu Maryi, do którego należał o. Herman, niech wolno mi będzie zwrócić do Was słowa, które on wyrzekł do córek św. Wincentego a Paulo przed wielu laty w Paryżu: "W gospodzie waszej Jezus wszędzie żyje, i życiem Jezusa wszędzie się tu oddycha: w kaplicy, w pracowniach, w ogrodzie, w izbach gościnnych, w celach waszych i w sercach waszych, a co większa - w duszach pokutnic, które przedtem wygnały Go były ze siebie, a teraz pod opiekuńczą waszą strażą, Zbawcę swego czczą w sercach swych. W posługach Marty, żyjąc u stóp Jezusa, u Jego stóp nawróconych waszych trzymacie, i w Kościele świętym pracą waszą dowodem służycie, że w Kościele, a nie gdzie indziej Jezus woła: Przyjdźcie do mnie wszyscy".

Wróćmy teraz Przewielebna Siostro, do o. Hermana, ale już złożonego na łożu śmiertelnym. Czując się bliskim zgonu, zapytał siostrę szarytkę, która w czasie choroby nieodstępnie go doglądała, czy umie śpiewać Salve Regina. Umiem, odrzekła siostra. Zaśpiewajmy więc razem, powiedział, i zaczął śpiewać. W miarę śpiewu głos gasnącego Ojca cichł też powoli, aż całkiem przestał być słyszanym.

Przed trzydziestu blisko laty złożono w grobie zmarłego. Zmarły jednak żyć z nami nie przestaje. Wdzięczność Ci się należy Przewielebna Siostro, że przez Twój przekład dałaś nam go bliżej poznać.

Oby korzystać tylko chciano z twojej pracy, i oby ta praca w sercach czytających wydała owoce przez ciebie upragnione. Oby życiem o. Hermana i siostry Natalii Naryszkin zostający poza obrębem Kościoła zostali oświeceni, że tylko w Kościele św. katolickim - wiara żywot wieczny daje.

Z wyrazem czci najgłębszej

                          R[afał]


1  List został wydany w postaci broszurki pt.: Obrazek z objawów życia Zbawiciela w Kościele św. katolickim. Kraków 1898 s. 8. Na odwrocie karty tytułowej znajduje się "adres": Do Przewielebnej Siostry***, Zakonu***, z powodu jej przekładu na polski język dzieła: Żywot o. Augustyna Hermana, karmelity bosego [Kraków 1898].

2  Bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem. - 2 Tym 4, 7.

3  Przez wyraz twarzy i zewnętrzny układ dziewczynki po przyjęciu pierwszej Komunii św. (Przekład autora)

4  Na koniec jestem szczęśliwą. Naprawdę szczęśliwą, bom wstąpiła do prawdziwego Kościoła, lecz smutna, żem Tego niegodna. - Dzisiaj o godz. 8-mej wyrzekłam się schizmy. (Przekład autora)

5  Czy podobna oprzeć się temu głosowi [w tłum. autora: wezwaniu], przenikającemu do głębi duszy, który nieustannie przemawia, nie dopuszcza od niego się uchylić. O jak przedziwnie Pan Bóg w ten sposób troskliwością swą nas otacza i zniewala pójść za Jego głosem. (Przekład autora)

 

 

 

 

ROZDZIAŁ II.

 

Artysta.

 

         Nie tak łatwo było, pomimo dobrych rekomendacji, dać sobie radę w owej stolicy świata: sam wybór nauczyciela, któryby kierował rozwinięciem talentu dziecka, przedstawiał różne trudności. Jedni radzili melancholijnego Szopena, drudzy klasyka Zimmermanna, inni jeszcze świetnego Liszta; wszyscy zgadzali się na kształcenie się w nauce kompozycji w konserwatorium. Po jednej lekcji u Szopena i u Zimmermanna, pani Cohen zaprowadziła syna do Liszta, ten zrazu odmówił, wymawiając się wielką liczbą lekcji, ale usłyszawszy grę Hermana, nie tylko że go przyjął za ucznia, ale za uprzywilejowanego ucznia.

 

         Liszt miał wówczas lat dwadzieścia dwa, dochodził do zenitu sławy jako artysta, a jako człowiek, cieszył się nienajgorszą reputacją. Pomimo nieznośnej próżności, wywierał dziwny wpływ, urok nieprzeparty na otaczających go. Herman od rana udawał się do nauczyciela, który go często przez cały dzień zatrzymywał, prowadził w świat ze sobą, kazał mu grywać w wykwintnym wielkich pań towarzystwie, i pierwszy oklasków nie szczędził. W istocie, fortepian zdawał się śpiewać pod dziecinnymi paluszkami, a że Herman był drobny, i w długich puklach i fantazyjnym ubraniu - niemal na panienkę wyglądał, przechodził z rąk do rąk jako przedmiot pieszczot i podziwu, i z salonu do salonu, z dziennika do dziennika podawano sobie jego imię. Zaproszenia tak się sypały, że już dnie nie wystarczały, i często pomiędzy pięć i sześć domów jeden wieczór dzielić było trzeba.

 

         Łatwo sobie wystawie wpływ moralny takiego życia; przesycone atmosferą pochwał i podziwu dziecko, coraz bardziej żądne go było; sztuczne to życie stawało mu się potrzebą. Matczyny niepokój, gdy po całych dniach i część nocy nie widać było rozpieszczonego syna, mało go obchodził, a gdy powrócił, cały dom musiał się do niego dostrajać; od rana aż do południa cisza zalega}a pokoje, bo Herman śpi; jeśli grał, trzeba było chodzić na palcach, bo Herman się ćwiczy; jeśli czuł natchnienie muzykalne, cisza jeszcze większa, bo Herman komponuje! Gdy się ubierał, nie było końca wymaganiom, matka, siostra, wszyscy musieli być na usłudze. Gdy wyjeżdża}, często w ulewny deszcz, czy pod skwarem słonecznym, brat musiał biec po dorożkę, jednym słowem, Herman był istnym tyranem domowym, a że mu wszyscy ulegali, kaprysy się zwiększały. Świat, któremu na pastwę był rzucony, miał rozwinąć w nim jeszcze gorsze popędy, i stłumić wszystko co dobrego i szlachetnego przyrodzenie mu dało.

 

         W dziwne to otoczenie wpadło to młode dziecko. Widzieliśmy go co dopiero w towarzystwie najwyższym i najwykwintniejszym, ale nauczyciel i protektor jego, Liszt, lubował się w kontrastach, a raczej lubił się otaczać wszystkim. Co niezwykła, co z jakiegobądź powodu górowało w danej chwili w społeczeństwie. Zgromadził więc ludzi wybitnych tak w polityce jak w literaturze i sztuce. Bywał tam i ks. Lamennais już otwarcie przeciw Kościołowi występujący [był to r. 1834) i wybitni członkowie lub przewodnicy innych opinii zwłaszcza skrajnych, których nie brak było w tej epoce. Tam mały Herman poznał panią Sand, i zaczem jeszcze mógł zrozumieć na Czym polegała jej sława, umiał zdobyć sobie łaskę ubóstwianej przez pewną publiczność autorki, czego mu niezmiernie zazdroszczono. Od pierwszego spotkania polubiła małego towarzysza Liszta, nazywała go z upodobaniem „swoim Puzzi" (z niemieckiego „puzzig" pieszczoszek) i przyciągała go do siebie. Oto co o niej pisze Herman w swych Wyznaniach: „Muszę oddać to świadectwo prawdzie: pani Sand była zawsze dobrą dla mnie. Dniami całymi u niej przebywałem. Gdy pisała, kręciłem jej cygaretki, których dużo używała aby podniecić władze umysłu. Czasem kazała mi siąść do fortepianu , ja grałem, a ona pisała dalej. Jeszcze wówczas żadnej z jej książek nie czytałem, ale dosyć się nasłuchałem o tej zbyt sławnej powieściopisarce, aby z uszanowaniem, niemal ze drżeniem patrzeć na zapełnione jej ręką kartki za kartkami, na które z taką niecierpliwością czekali i księgarz i publiczność. Obym był zawsze w równej niewiadomości treści tych książek pozostał! nie byłbym stracił reszty pojęć zdrowych i moralnych!" Ale niestety, Herman dawał się unosić prądowi!

 

         Czytał i romanse pani Sand, czytał i inne książki, przedmioty ognistych sporów owoczesnych. U Georges Sand, odbijały mu się ciągle o uszy słowa: wolność i niepodległość, i zapalały głowę. Ks. Lamennias dał mu (ze swym podpisem) świeżo napisane dzieło: Les paroles d'un croyant pełne nienawiści i buntu, połknął chciwie te stronice wraz ze sofizmatami i chorobliwą egzaltacją, jakie zawierały. Śnił o bitwach, rewolucjach, braterstwie, równości! gotów był i on także, w imię tych haseł, walczyć i zginąć!

 

         Ale to były tylko sny! w rzeczywistości żył dalej spokojnie oddychając zatrutą atmosferą salonów Liszta i p. Sand. Liszta do tego stopnia był nieodstępnym towarzyszem, iż na koncertach, które mistrz dawał, Puzzi mu kartki przewracał lub stał za jego stołkiem, „pijąc harmonią wszystkimi porami", jak pisze swym malowniczym i powabnym stylem Georges Sand w „Listach z podróży". – Te opisy wszędzie czytane, obznajomiły Europę całą z Hermanem, owym pieścidełkiem salonów i gdziekolwiek zawitał, pytano go, czy to on jest ulubieńcem Liszta i pani Sand?

 

         Wkrótce Liszt zapragnął, aby uczeń jego sam się publiczności paryskiej dał poznać. Afisze doniosły miastu, że dwunastoletni Herman z Hamburga – „miałem już 14 lat – pisze w Wyznaniach – ale mi stale dwa lata ujmowano" – dawać będzie koncert. Tłumnie zapełniona sala brzmiała niezwykłymi oklaskami tego wieczora, sukcesy małego Puzzi nie miały granic. Miłość własna dziecka – artysty była nasycona; wszelako smutek nieokreślony, tęsknota za prawdziwym szczęściem ogarniała często młodą duszę.... Ten odcień smętny, który mu dodawał uroku w oczach wielbicielek, byłże już może tęsknotą za czymś lepszym i większym? być może, wszelako godzina światła jeszcze nie zabłysła. Długo jeszcze Herman miał pić z kielicha rozkoszy światowych, i poznać mętne jego dno.

 

         Nagle rozchodzi się wieść, że Liszt opuszcza Paryż na kilka lat. Sam maestro żegna się ze swymi uczniami. Dla Hermana był to cios najdotkliwszy; kochał szczerze swego nauczyciela, zawdzięczał mu wiele, a przy tym czuł, że nie tyle skorzystał z jego nauki, ile był powinien. Biegnie więc do niego, rzuca mu się do nóg i błaga, aby go wziął ze sobą. Liszt nie był obojętnym na łzy i żale dziecka, ale nie zależał w zupełności od siebie, i odmownie odpowiadał na zaklęcia Hermana. Wreszcie, po kilku dniach namysłu i nieustannych nalegań, Puzzi otrzymuje pozwolenie podążenia za trzy miesiące do Genewy, gdzie mistrz obierał siedzibę.

 

         Przez te trzy miesiące Paryż nie przedstawiał już dla Hermana uroku. Widywał tylko panią Sand, która podówczas zakładała z La Mennais dziennik Le Monde. Zdawało mu się, że tych dwoje ludzi zbawi ludzkość. Gdy pożegnał wielkie miasto, które mu dało sławę, Herman niczego nie żałował; pełna poświęcenia matka, jechała z ukochanym dzieckiem, umieściwszy drugiego syna na pensji, a zabierając jedenastoletnią córeczkę.

 

         Liszt czekał na swego ucznia, i nauka w Genewie rozpoczęła się więcej na serio niż w Paryżu. Ale niedługo to trwało, zdawałoby się, że jakieś złowieszcze fatum czyhało na zgubę tego dziecka! Miasto Genewa zakładało konserwatorium, Liszt został zaproszony na profesora do gry fortepianowej. Maestro nie przyjął wszystkich lekcji, wybrał sobie najzdolniejszych uczni, a ogół pracy proponował aby powierzono Hermanowi. Nie bardzo chętnie przyjęto tę propozycję, ale w końcu, gwarancja Liszta wystarczała, i trzynastoletni (jak mówiono) Herman został profesorem konserwatorium. Począł zarabiać wiele pieniędzy, a że mu były zostawione do rozporządzenia, rzucił się w ten wir szalonych wydatków i zbytku, w którym odtąd żyć będzie.

 

         Pobyt kilkunastomiesięczny w Genewie dokonał demoralizującego procesu, który się w duszy Hermana odbywał. Wspomnienia Russa i Woltera przesycały atmosferę tego miasta, wyziębionego już przed paru wie-, kami panowaniem Kalwina. Herman zachwycał się Wyznaniami Russa, a na wzór tylu innych, odbywał pielgrzymki do Ferney; aby zaczerpnąć u samego źródła tego jadu, który nazywają „mądrością Woltera". „Niepodobna wypowiedzieć – pisze później – do jakiego stopnia rozkładu doszły moje zasady". Co w księgach wyczytał, na to niestety i patrzał w koło siebie! patrzał na otwartą pogardę wszystkich zasad moralnych, na pobłażanie, z jakiem społeczeństwo złe tolerowało, owszem, widział, jak złe i dobre równą odbierało miarę uznania i poklasku, i zatracał do reszty sąd swój moralny o prawdzie i fałszu, o dozwolonym i niedozwolonym. W tymże czasie rozwinęła się w nim namiętność do gier hazardowych, która, jak sam powiada, pochłonęła najpiękniejsze lata jego młodości i wciągnęła go w przepaść zgryzot i występków.

 

         Niejaką przerwą w tem gorączkowym życiu, była fantastyczna wycieczka w góry w towarzystwie pani Sand, Liszta i innych artystów. Wszystkie szczegóły tej podróży były ekscentryczne i obrachowane na efekt; Puzzi zwykłą w niej grał rolę, a sławna autorka wśród czarownych opisów Alp, znowu imię małego faworyta puściła w świat. Herman w swych Wyznaniach zaznacza jedną chwilę podnioślejszą z tej podróży; „W Fryburgu Liszt zasiadł do wielkich organów Mooser'a, tej olbrzymiej harfy Dawidowej, której majestatyczne dźwięki dają pojęcie o Twej wielkości, o Boże! W duszy mojej jęknęła jakaś dziwna struna, jakieś przeczucie religijne... Cóż to było to potężne wzruszenie, które od dzieciństwa odczuwałem, na głos organów?... O Jezu! Tyś kołatał do serca mego, a ja nie chciałem otworzyć!"

 

         Tymczasem Liszt musiał wracać do Paryża pod groźbą, że coraz popularniejszy Thalberg wydrze mu palmę pierwszeństwa w muzyce. Liszt nakłania Hermana, aby pozostał w Genewie, gdzie już pozyskał był sławę i korzystne położenie materialne, ale ani rady mistrza, ani prośby matki nie wywarły skutku. Pani Cohen, chcąc nie chcąc, musiała znowu zwinąć swój namiot i podążyć za młodym szaleńcem do Paryża. Tym razem, nie zdołała go już jednak zatrzymać pod skrzydłami swymi; już mu dotychczasowe, acz tak lekkie, więzy ciężyły, wziął własne mieszkanie, a domyśleć się łatwo, jak używał uzyskanej wolności! Pieniędzy mu nie brakło, bo ich lekcjami zarabiał dużo. „Puściłem od tej chwili wodze wszystkim zachciankom i wybrykom – pisze.– Byłżem przeto szczęśliwy? Nie, Panie! pragnienia szczęścia, które mnie paliło, zaspokoić nie zdołałem!"

 

         Opisuje Herman w Wyznaniach życie ówczesne – otoczenie swoje, w którym stracił wszystko, nawet zewnętrzną ogładę w wyższych towarzystwach nabytą. Gra coraz szaleńsza, stała mu się konieczną ekscytacją nerwów; na niej trawił noce, a sen ciężki we dnie go nie pokrzepiał. Fortepian stał w pokoju, ale zaniemiał. Towarzystwo, w jakiem żył, brzydziło go, a samotność ciężyła nieznośnie; robak nudów, przesytu, wkradł się w duszę niewolnika świata... chciał go zabić, chodził po teatrach i balach, ale ów wróg ukryty wszędzie czyhał na niego, wszędy przesyt, próżnia i osamotnienie serca. Gdy sobie te czasy na pamięć przywodził w błogiej ciszy i samotności celki klasztornej Karmelu, pisał: „I dziś sam jestem! ale jakaż to odmiana! pustelnię moją Ty zaludniasz o Jezu! Tyś ze mną po wszystkie dni, Ty zapełniasz, Ty mnie sobą otaczasz.... Niegdyś straszliwa próżnia nękała mnie w samotności, a rozrywki szukałem w złych książkach i gorszych od nich towarzystwach; dziś, radbym być zawsze sam z Tobą Panie, a samotność ta, we dwoje, jakże słodka!... Tu, w Karmelu, Bóg jeden i ja![2]. Jakaż w tem prawda... Bóg i ja... i rozkosznie dni ulatują!..."

                  

         Wśród, nudów i tęsknoty, którąśmy opisali, wspomniał wreszcie Herman o sercu matki, o łzach i boleści, z jakimi błagała, aby się od niej nie odłączał. Nie był to powrót marnotrawnego syna, bo więcej egoizm niż żal przyprowadza! go do ogniska domowego, wszelako podobną jak tamten radością przyjęty został.

 

         Jeszcze kilka nowych figur miało przybyć do tego dziwnego kalejdoskopu, który coraz to nowymi wrażeniami otaczał młodzieńca. W tym czasie przedstawiono go u księżnej Belgiojoso; była to osoba bardzo znana' w kosmopolitycznym świecie, tak salonowym jak artystycznym pomiędzy 1830 a 1840 rokiem: majętna, urocza i szukająca wrażeń. Herman pozyskał od razu wszystkie jej względy, i stał się niemal domownikiem. On układał festyny i wieczory, na niego księżna spuszczała się we wszystkim, a zarazem wprowadziła go w świat polityczno – dyplomatyczny, którego jej salon był punktem zbornym. Trzeba było pozbyć się zasad republikańsko – demokratycznych nabytych w innym otoczeniu, ale na to giętka natura Hermana prędko się zdobyła; trudniej było finansami stanąć na wyżynie nowych przyjaciół i potrzeb. W szalonej gonitwie za przyjemnościami, zaniedbał był młody artysta -i własny talent, i uczniów, i względy publiczności; to też gdy chcąc kieszeń podratować, dal koncert, spotkał się z zupełnym niepowodzeniem. Sztuka się pomściła. Za pożyczone pieniądze pojechał Herman ukryć niepowodzenie w Hamburgu. Krótki pobyt w mieście rodzinnym zaznaczył jakimś romansowym epizodem, które byłby go śmiesznością okrył, gdyby nie to, że wiek młody, niemal dziecinny, wiele tłomaczył.

 

         Powróciwszy do Paryża zapoznał się z sławnym naówczas śpiewakiem Mario. Był to młody człowiek z wyższych sfer towarzystwa, którego wielki talent a szczupłe materialne środki, popchnęły na deski teatralne. Nie był to śpiewak z zawodu, nie znał żadnej metody, ale rzadki wrodzony talent i sława awanturnicza, zapewniły mu wzięcie w paryskich salonach. Herman akompaniował mu do śpiewu, i tak jak niegdyś z Lisztem, tworzył z włoskim śpiewakiem spółkę nierozerwalną. Jeden urok ich otacza, to samo powodzenie wita wszędzie.

Na roku 1837 kończy się pamiętnik, a raczej, jak je zatytułował Wyznania., które późniejszy karmelita spisywał w celce swojej, aby własnym upokorzeniem złożyć hołd wdzięczności Temu, którego miłosierdzie wydobyło go z otchłani zepsucia i pociągnęło do siebie. Tego pomnika skruchy i uniżenia nie mógł wszakże dokończyć wśród mnogich obowiązków, które życie jego późniejsze zapełniły. Dziesięć lat dzieli go jeszcze od wielkiego wypadku, który miał bieg życia jego zwrócić w wręcz przeciwną stronę, a w tym ostatnim okresie światowej egzystencji Hermana, trudniej nam będzie iść za nim ślad w ślad, tak jak dotąd.

 

         Dwie namiętności górują i dzielą pomiędzy siebie te lata: gra w karty i podróże.

 

         Widzieliśmy go dopiero co z Włochem Mario w Paryżu, wkrótce obydwaj jadą do Londynu, zbierać równie głośne ale korzystniejsze materialnie laury. Herman nie może zadość uczynić wszystkim żądaniom lekcji wśród arystokracji angielskiej, a zakończa ten pierwszy pobyt na ziemi albiońskiej świetnym koncertem, które niemal bogatym go czyni. Ż tak obfitym plonem może sobie pozwolić na podróż do Włoch, gdzie z radością dawnego mistrza odnajduje. Ale i kraj sam staje się mistrzem dla niego, i najszczęśliwiej działa na pełną artyzmu duszę. Pod wpływem klasycznej, włoskiej ziemi, budzą się w jego umyśle i sercu czystsze, podnioślejsze wrażenia i wdzięczne melodie płyną nieprzepartą siłą na papier.

 

         Niestety, na życie wielkopańskie wnet środków nie starczyło; należało więc opuścić piękne niebo i wszystkie rozkosze Italii, a powrócić do Londynu poratować finanse. Następna wiosna znowu przyprowadza Hermana do Mediolanu. Tu zabiera się do pracy i pisze dwie opery, z których jedną wystawia potem w Weronie. Ta kompozycja nie nabyła rozgłosu, bądź dlatego, że młody artysta nie miał jeszcze doświadczenia potrzebnego do podobnej kreacji, bądź że zbyt smętna nuta przebijała w utworze, zbyt religijny nastrój, a to do tego stopnia, że później nie wahał się Herman użyć kilku motywów ze swych oper do kompozycji kościelnych.

W tym czasie przeszedł młodzieniec próbę cierpienia, złe języki poróżniły go z Lisztem i pod wpływem oszczerstw, i jak powiada, piekielnych intryg, zerwanie było zupełne, a miejsce przyjaźni zajęła niemal nienawiść. To zajście wtrąciło Hermana w głębię sceptycyzmu; jego szlachetne w gruncie serce potrzebowało jakiegoś ideału, ideał zaś runął w jego oczach z piedestału.

 

         Tę chwilę bólu przeczuło widać macierzyńskie serce, bo po kilku latach niewidzenia, właśnie wtenczas odszukała syna – tułacza, i osiedliła się przy nim w Wenecji. Herman bardzo się matką i siostrą ucieszył; nastąpiły miesiące względnego spokoju, co się przyczyniło do zabliźnienia rany zranionego serca. Młody artysta był przyjmowany w pierwszych salonach Wenecji; grał i komponował, i jak zwykle niebo włoskie wpływało uspakajająco na niego. Ale z pierwszym powiewem wiosny obudził się duch wędrowny: Herman chce jechać do Paryża. Pomimo niebezpieczeństwa przebywania Alp w miesiącu Marcu, cała rodzina puszcza się w drogę, i pod grozą śnieżyc przemykają się przez św. Gotard i dobijają szczęśliwie do celu podróży.

 

         Zaledwie Herman dotknął się stopą bruku Paryża, już wyjeżdża do Anglii; w Londynie daje lekcje, koncerty, a Czerwiec już go zastaje w Wenecji. I tak dalej a dalej. Trudno by uwierzyć liczbie tych ciągłych wędrówek, gdyby notatki artysty-tułacza dowodnie o nich nie świadczyły. Nie chcąc nużyć czytelnika, z notatek tych korzystać nie będziemy aż do roku 1846, w którym odnajdujemy Hermana 26-letnim młodzieńcem, osiedlonym w Paryżu, wraz z nowym a gorącym przyjacielem, Adalbertem de Beaumont.

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ III

 

Zwycięstwo łaski

 

         Herman powróciwszy do Paryża i zamieszkawszy w domu przyjaciela, prowadził dalej lekkie życie artysty, kierując się radami pewnej znanej osobistości, mającej na nim wielki wpływ. „Szczęście zależy – brzmiały te rady – na sztuce dania o sobie dobrego wyobrażenia tym osobom, których się potrzebuje, przez pewną roztropność w zewnętrznym prowadzeniu się, przez pracę i prawdziwy talent. To wszystko wystarcza, aby sobie zdobyć pozycję i zastępuje korzyści wysokiego urodzenia i majątku". Nasz młody artysta kierował się podług tych zasad „nie wydawał się gorszym od innych", jak pisał później do Ojca Ratysbone: „wszystko drugim pod względem moralności wybaczając, i sobie wszystko pozwalając, oddając czasami przysługi drugim, tak złe jak dobre, według sposobności jaka się nadarzała. I nie byłoż to życie wszystkich młodych ludzi, których znalem? Niestety, mogę poświadczyć, że wszyscy tak jak ja szukali tylko przyjemności, pragnąc namiętnie bogactw, gdyż te im umożebniały używanie rozkoszy tego świata. Myśl o Bogu. nigdy się nie przedstawiała ich umysłom; pozorów moralności tylko o tyle strzegli, o ile to było potrzebnym, aby nie mieć do czynienia ze sprawiedliwością ludzką".

 

         Namiętność gry w karty opanowała, jak już mówiliśmy, wszystkie władze duszy Hermana, w tę przepaść rzucił znaczne sumy pieniężne. Ale na próżno szukał upojenia przy zielonym stoliku. Bóg zatruł był dla niego kielich rozkoszy światowych, i pijąc z niego chciwie, tylko gorycz napotykał. Bóg przez obrzydzenie świata chciał go pociągnąć na inną drogę, a ta dusza była dość szlachetna, aby poznawszy to co prawdziwie wzniosłe i piękne, porzuciła błędne manowce niskiego używania.

 

         Już się owa szczęsna zbliżała godzina. Fazy tego dziwnego nawrócenia znamy podług opowiadania samegoż Hermana, możemy więc z łatwością śledzić działania Boże w jego duszy. W jednym z pierwszych piątków miesiąca Maja 1847 roku nasz artysta został uproszony przez księcia Moskowę o zastąpienie go w kierowaniu chórem amatorów na nabożeństwie majowym w kościele św. Walerego. Mieszkając blisko, Herman chętnie się tego podjął. W chwili błogosławieństwa Najśw. Sakramentu, uczuł jakieś dziwne wzruszenie i coś mu wyrzucało, że nie ma prawa uczestniczyć w tych obrzędach, wzruszenie to jednak było słodkie i tak silne, że doznał nieznanej dotąd ulgi na duszy. Następnych piątków powracał do kościoła, i zawsze w chwili błogosławieństwa doznawał tego samego wrażenia, drżał na całym ciele, i byłby płakał gdyby nie wzgląd ludzki. Herman nie umiał sobie wytłumaczyć tych dziwnych wzruszeń, powtarzających się zawsze w tych samych okolicznościach. Miesiąc Maj się skończył, a z nim nabożeństwa na cześć Matki Boskiej, ale przyszły konwertyta, dziwnym jakimś uczuciem wiedziony, co niedziela powracał do kościoła św. Walerego. Co więcej, w bibliotece swego przyjaciela wynalazł jakąś starą książkę do nabożeństwa, przebiegał jej zżółkłe stronice, i w duszy roić się poczęły uczucia nieznane, aspiracje do jakiegoś tajemniczego ideału; w sercu wrzało.

 

         W pierwszych dniach lipca Herman zwierzył się ze stanem swej duszy księżnie de Rauzan, i prosił, aby go poznajomiła z jakim księdzem katolickim. Chciał oświecić się w tej wierze, do której czul nieprzezwyciężony pociąg. Ale zły duch także czuwał, i różne okoliczności jak choroba księżnej, koncerty, wycieczki na wieś, odwlekły wykonanie tego zamiaru. „Wreszcie – mówi sam Herman – po różnych zwłokach, poznałem ks. Legrand, światłego kapłana, który wysłuchał z zajęciem, co mu o sobie powiedziałem, zachęcił mnie do spokoju, do wytrwania, do zupełnej ufności w Opatrzność, która niewątpliwie wskaże mi moje nowe tory. Dał mi do czytania „Zasady wiary katolickiej" przez Lhomond'a. Łaskawe i uprzejme przyjęcie mnie przez tego kapłana, wielkie na mnie uczyniło wrażenie, i usunęło jeden z przesądów najgłębiej wkorzenionych w mój umysł przeciwko księżom. Bałem się ich! znałem ich bowiem tylko ze złych romansów, przedstawiających ich jako nietolerantów, grożących ciągle ekskomuniką i piekłem. A oto znajdowałem się wobec człowieka uczonego, skromnego, dobrego i otwartego, który wszystkiego od Boga się spodziewał a sobie nic nie ufał... Z tymi myślami wyjechałem do Ems (w Niemczech) gdzie miałem dać koncert. Zaledwie tam przyjechałem, poszedłem do "proboszcza oddać mu list, który dla niego miałem od ks. Legrand. Trzy dni potem – była to niedziela 8 Sierpnia– poszedłem na Mszę św., deptając wzgląd ludzki, pomimo, iż tam było wielu moich przyjaciół".. „Tam to w tym małym kościółku, śpiew modlitwy, obecność niewidzialna, ale odczuta przeze mnie niewidzialnej potęgi, zaczynają mnie poruszać, wstrząsać, przejmować; łaska boska spada na duszę moją strumieniem. W chwili podniesienia potok łez przedziera się przez moje powieki, i zalewa rozognione policzki.... O chwilo na zawsze pamiętna i błoga!... Widzę cię wraz ze wszystkimi niebiańskimi uczuciami, jakie mi przyniosłaś.... Proszę gorąco Boga wszechmocnego i miłosiernego, ażeby rozkoszne wspomnienie twej nieopisanej piękności pozostało na wieki wyryte w mym sercu wraz z piętnami niezatartymi wiary, niczym nieporuszonej i wdzięczności odpowiedniej do wielkości dobrodziejstwa!"

 

         Zapewne to samo musiał odczuwać św. Augustyn, powalony łaską w ogrodzie Cassiciacum, gdy usłyszał owe sławne: tolle, lege.... i ty Ojcze – pisze do Ojca Ratisbone – gdy Matka Najśw. raczyła ci się ukazać w kościele św. Andrzeja w Rzymie!...[3].

 

         „Płakałem ja nieraz w dzieciństwie moim, ale nigdy, przenigdy nie zaznałem takich łez jak w owej chwili! Podczas kiedy spływały obficie po mojej twarzy, w sercu zaczęły się budzić głębokie wyrzuty sumienia... Nagle, wiedziony jakimś niewypowiedzianym instynktem, począłem spowiadać się Bogu ze wszystkich okropnych grzechów życia mojego... Stanęły mi tłumnie przed oczyma, takie wstrętne, obmierzłe, zasługujące na cały ciężar gniewu bożego... a jednak poczułem, po jakimś dziwnym spokoju, który wskutek tej wewnętrznej spowiedzi duszę moją owładnął, że Bóg mi je przebaczy, że odwróci wzrok swój od moich zbrodni, że się ulituje mej wielkiej boleści.... Tak, czułem że znajdę miłosierdzie, i że Pan przyjmuje moją szczerą chęć nawrócenia się i kochania Go odtąd na wieki! Wychodząc z kościoła, byłem już chrześcijaninem o tyle, ile można nim być bez Chrztu św."

 

         Zaraz za progiem kościelnym, spotkał Herman znajomą sobie żonę pewnego ambasadora, osobę wielkiej pobożności, która po wzruszeniu jego zaraz poznała, iż w duszy młodego artysty coś nadzwyczajnego zaszło. Zadała mu kilka pytań, a on, upojony swym szczęściem, opowiedział wszystko. „Wysłuchawszy mnie – ciągnie dalej Herman – powiedziała, iż powinienem przypisać tę wielką łaskę przyczynie Matki Bożej, że trzeba mieć odtąd do Niej nadzwyczajne nabożeństwo, wreszcie dała mi obrazek Wniebowzięcia Najśw. Panny."„Od tej chwili wszystkie moje postępy na drodze wiodącej do Boga – a choć mam jeszcze wiele drogi przed sobą, jednak zważywszy Czym byłem, to ubiegłem jej niemało – wszystkie przypisuję opiece naszej wspólnej Matki, Ucieczki grzeszników, której się codziennie

gorąco polecam, aby mi łaski potrzebne u Syna swego uprosiła"[4].

 

         Nazajutrz po tym pamiętnym dniu, Herman, któremu pilno było podzielić się swym szczęściem z ks. Legrand, opuścił Ems i powrócił do Paryża.

Powrócił innym człowiekiem; łaska nie tylko tchnęła go, ale przemieniła. Zamyka się w swoim pokoju, uczy się zasad wiary świętej, a że ta wiara przyszła mu nie z książek, ale z góry, spełnia od razu wszystkie jej przepisy. „Modlitwy ranne i wieczorne, rozmyślanie, Msza św., nieszpory,. posty i zachowanie czystości, wszystkiemu poddałem się z łatwością" pisze. Słuchając Mszy św. patrzał z niewymownym uczuciem zazdrości na wiernych przystępujących do Komunii św. i zalewając się łzami, wzdychał za tą chwilą, kiedy i jemu danym będzie karmić się Chlebem anielskim.

 

         Co wieczór chodził do ks. Legrand. Ten zacny kapłan przygotowywał przez gruntowną naukę serce neofity do przyjęcia wiary św. Umysł jego oświecał, a przy tem uczył modlić się i zwyciężać samego siebie. 15 Sierpnia ks. Teodor Ratisbone, mając udzielać Chrztu św. czterem nawróconym Izraelitom w kaplicy Najśw. Panny z góry Syjon, zaprosił Hermana na tę uroczystość. Łatwo sobie wystawić jakie go tam wzruszenia czekały! Kapłan, który miał odrodzić Kościołowi braci swych, był sam niedawno temu dzieckiem Izraela! w koło niego grono dziewic pod opieką zakonnic zarówno „ze szczepu Jessego", a z ust ich płynęła wzniosła pieśń, która do głębi wstrząsała sercem neofity. Oto wezwania tej Litanii ułożonej przez ks. Ratisbone, a śpiewanej codziennie w tej kaplicy za nawrócenie żydów:

 

„Jezusie Nazarejski, Królu żydowski, ulituj się nad dziećmi Izraela!

„Jezusie, Boski Mesjaszu, oczekiwany przez żydów, ulituj się nad dziećmi Izraela! .

„Jezusie, upragnienie narodów, któryś uzdrawiał głuchych, niemych i ślepych, ulituj się nad dziećmi Izraela!

„Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przebacz im, bo nie wiedzą co czynią!..."

 

         Ta rzewna uroczystość pobudziła w Hermanie pragnienie, aby i jego chrzest odbył się w tej kaplicy; wiadomo, iż została ona wzniesioną na pamiątkę cudownego nawrócenia Ojca Maryi Ratysbone, i że Izraelitki pragnące przyjąć wiarę św., znajdują tu przytułek.

Dzień św. Augustyna, owego wielkiego konwertyty, został naznaczony na dzień Chrztu naszego artysty, jego też imię miał dostać, nie bez licznych i wyraźnych wskazówek Opatrzności, która ciągle ścigała – rzecz by można – Hermana wspomnieniem biskupa z Hipony.

 

         Wielka i ważna chwila zbliżała się. Ks. Legrand przygotowywał neofitę nowenną specjalnych. modlitw, wybranych w Godzinkach o Najśw. Pannie i w oficjum za umarłych. Przez te dziewięć dni Herman wcale nie wychodził z domu, chyba na kazania O. Ratisbona, lub swego duchownego przewodnika.

 

         Radość, jakiej doznawał na myśl o swoim wyzwoleniu, miała być raz jeszcze zaćmioną. Zły duch nie mógł bez ostatecznego wysiłku wypuścić tej duszy ze swych sieci. W nocy poprzedzającej dzień Chrztu, sen, pełen zmysłowych widziadeł rozpalił wyobraźnię dawnego niewolnika świata, i wzniecił uczucia – zdawało się – już na zawsze oddalone. Mógł dosłownie powtórzyć wy-. razy św. Augustyna: „Wszystkie próżności, małostki, rozkosze, dawne moje przyjaciółki chciały mnie zatrzymać, łechcąc moją ziemską powłokę, i szepcąc do ucha: „czy ty nas już opuszczasz?,.." A czego ode mnie żądały, o Boże! oddal to na zawsze od sługi Twego!..." Dręczony przez te straszne widziadła, bez tchu prawie porywa się z łóżka, rzuca się do stóp Krzyża, i ze łzami błaga Najwyższego o pomoc; woła o ratunek do najczystszej Dziewicy Maryi... I pokusa odstępuje. Herman podnosi się pokrzepiony i wzmocniony, jak olbrzym gotów puścić się w drogę. To pierwsze zwycięstwo było zapowiedzią wielu innych. „W sobotę dnia 28 Sierpnia o godzinie 3 po południu – opowiada Herman – kaplica Najśw. Panny Syjońskiej jaśniała niezwykłym blaskiem. Świeższe niż zwykle kwiaty, tysiące świateł zdobiły ołtarz, w kolo którego grono dziewic w bieli klęcząc, śpiewały litanię. Dzwony wesoło się rozlegały, pobożna publiczność napełniała nawę kościoła; organy wspaniałym wdziękiem dostrajały dusze do wyższej harmonii. Ks. Legrand, a z nim ks. Teodor Ratysbone, weszli wielkimi drzwiami; za nimi ja postępowałem drżący, a przecie odważny, pomiędzy doktorem Gouraud, moim ojcem chrzestnym, a matką chrzestną księżną de Rauzan, której cnoty więcej dodawały blasku niż wysokie urodzenie. Otoczony więc byłem zewsząd życzliwymi sercami, pomocą rozumną i trwałą, i może nigdy dziecko przychodzące na świat z taką radością nie jest otoczone przez braci i siostry swoje, jak ja, prosty katechumen zbliżający się do ołtarza. O niechże Bóg będzie za to błogosławiony!"

 

         Z uniesieniem opisuje Herman wszystkie obrzędy i modlitwy ceremonii Chrztu św. Gdy woda święcona popłynęła po czole jego, a w uszach zabrzmiały nowe imiona Maryi - Augustyna Henryka, „wówczas – pisze znowu – doznałem takiego wstrząśnienia, jak gdyby silny prąd elektryczny mnie przeszył. Oczy ciała się przymknęły, ale przed oczami duszy zabłysło światło nadprzyrodzone i boskie. Serce moje utonęło w ekstazie miłości, i zdało mi się, że jednym zapędem dosięgnąłem rajskich rozkoszy, i skosztowałem tego upojenia, którym Bóg w niebie napawa wybranych!....

 

         „Tak byłem wzruszony, iż zaledwie wiem, co się potem działo; pamiętam tylko, iż mnie okryto białą szatą, symbolem niewinności, i podano do ręki świecę zapaloną, godło tej prawdy, która zabłysła przed mymi oczami, i którą przysiągłem strzec i bronić przez całe życie moje. Ks. Legrand wygłosił mowę, w której objaśniał wyjątek z Listu św. Pawła do Rzymian, gdzie

Apostoł wylicza powody dające mu nadzieję co do zbawienia prawdziwych synów Abrahamowych. I ja do nich należę! i dziękuję Bogu, iż mnie wybawił z nie woli Egipskiej, a przypuścił do liczby dzieci swoich!" [5]

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ IV

 

Neofita

 

         Herman, młody i podziwiany artysta, już nie egzystował; Jaska Chrztu św. przemieniła go, przeistoczyła, powstał innym człowiekiem, jak Paweł na drodze do Damaszku. Zobaczymy jeszcze w nim tę samą naturę gorącą, namiętną, energiczną, ale już odtąd działać będzie tylko pod tchnieniem łaski, i olbrzymimi krokami biec drogą doskonałości. Nasz neofita byłby chciał od razu świat opuścić i zamknąć się w ciszy klasztornego życia, w pokucie i modlitwie, ale długi zaciągnięte przy grze w karty, przykuwały go grubymi łańcuchami do świata, do stosunków światowych, które mu miały ułatwić odzyskanie wolności. Zaprawdę, ta konieczność była wielkim niebezpieczeństwem dla tak młodego konwertyty! i niemałego hartu duszy dowiódł, gdy widując codziennie miejsca i osoby; pośród których upłynęły lata burzliwej młodości, słysząc lekkie światowe rozmowy, urągania, żarty i śmiechy, zmuszony zachować pozory światowego młodzieńca, nie uległ jednak tym ponętom i zachował niewzruszone postanowienie służenia Bogu, który go do łaski swej jak syna marnotrawnego przywrócił.

 

         Dnia 8 Września, w uroczystość Narodzenia Najśw. Panny Maryi, przyjął Herman pierwszą Komunię św. Było to dopełnienie łask bożych, gorąco upragnionych przez rozmiłowaną w Eucharystii duszę. Już przed tym dniem Bóg mu dał dwukrotnie jakoby przedsmak rozkoszy niebiańskich tych, co godnie przyjmują Chleb Żywy; patrząc na wiernych komunikujących, gdy serce jego rwało się za nimi z niewymownym pragnieniem, uczuł niemal dotykalnie obecność P. Jezusa w swym sercu, a to wrażenie było tak silne, iż w dalszym życiu nieraz o nim wspominać będzie. I tak, we wstępie do „Pieśni o Najświętszym Sakramencie", wyrywa się ten okrzyk z duszy jego:

 

„O Jezu najukochańszy! niechże i ja domieszam pieśni moje do hymnów dziękczynnych, jakie Ci Paryż zasyła! wszakże to w tem mieście rozdarła się niejako przed oczami mymi zasłona Eucharystyczna, i głos Twój, tak wyraźny, usłyszałem w duszy mojej.... Tę ja tajemnicę najpierw zrozumiałem, i w ciemnościach błędu jeszcze pozostając, chciałem się już rzucić do Stołu Twego, tak serce moje łaknęło Boskiego pokarmu.... Ach Panie! coś Ty wtenczas uczynił, aby mnie pocieszyć, tego powiedzieć nie mogę! Secretum meum mihi...

 

         A w dzienniczku Hermana z dnia 3-go Września 1847 r. znajdujemy te słowa: „przy Mszy w kaplicy N. P. M. Syjonu, cudowne poczucie przyjęcia Komunii św. choć jej jeszcze w rzeczywistości przyjąć nie mogłem; łzy, radość, rozrzewnienie''. Ten dzienniczek, sumiennie wówczas prowadzony przez naszego neofitę, jest nam wielką pomocą w obecnym opowiadaniu. W nim czuć najlepiej działanie łaski i wysiłki dobrej i mężnej woli młodzieńca z jednej strony a z drugiej błędy z niedoświadczenia ze zbytku gorliwości pochodzące. Jak zwykle świeżo nawróceni, pałał Herman żądzą nawracania drugich. Mieszkał w tym samym domu, co dawny przyjaciel Adalbert de Beaumont i siostra jego baronowa de Saint-Vigor; co wieczór zbierając się z nimi przy wspólnym stole, rozpoczynał dyskusje religijne i usiłował pociągnąć przyjaciół do udziału we własnym szczęściu. Z pokorą przyznaje się w dzienniczku do częstych niepowodzeń i niezręczności. "Adalbert mi grozi pomieszaniem zmysłów"– pisze. I dalej: „Ks. Ratisbone, mój spowiednik, zakazał mi wdawać się w dysputy religijne, do których jestem jeszcze zbyt mało przygotowany". Dnia 22 Października zapisuje pierwsze wzięcie udziału w konferencji św. Wincentego, i pełne zapału opowiadanie o tem zebraniu swym znajomym. Baronowa śmiała się z tego zapału i jednym uchem tylko słuchała; jednakowoż apostołowanie naszego konwertyty nie było całkiem bezskuteczne, gdyż w kilka dni potem, pisze, iż „pani de Saint-Vigor obiecała mi, iż będzie nosić medalik Matki Boskiej i co dzień odmówi modlitwę św. Bernarda. Wczoraj rozmawiałem z nią do w pół do 8-ej, rozmowa była budująca i bez obmowy. Boże! miłosierdzia dla niej".

 

         Zdaje się, iż co najwięcej kosztowało Hermana, to zaniechanie tych lekkich światowych rozmów, w których dobra sława bliźniego ciągłą szkodę ponosi; obmowa pełna dowcipu, zaprawiona złośliwością, tak bywa ponętną! Nasz neofita widocznie usilnie pracował nad wykorzenieniem tej wady, gdyż zapisywał skrzętnie każdy upadek.

 

         Nawrócenie poczciwej baronowej nie od razu więc gładko poszło; czasem się gniewa, często się niecierpliwi, w chwilach złego humoru zżyma się na Hermana. Już go ogarnia zniechęcenie... Ale wreszcie wchodząc raz do pani baronowej, zastaje tam znanego sobie ks. de Girardin. Wnet pisze w dzienniczku: „Bardzo jej pomógł i zapewnie do Boga doprowadzi. Już mi wspominała o spowiedzi z całego życia..." Jakoż, w dzień św. Jana. Ewangelisty, pani de Saint-Vigor odprawiła spowiedź z całego życia i szczerze nawróciła się do Boga. Jej młody przyjaciel – sama już była w podeszłym wieku – zapisuje te słowa: „To prawdziwy cud łaski bożej, wyżebrany naszymi modlitwami. Łaska większa i dziwniejsza aniżeli te dwa śluby, które za moim staraniem zostały w kościele pobłogosławione".

 

         Ta wzmianka odnosi się do dwóch rodzin rzemieślniczych, odwiedzanych przez Hermana jako członka Towarzystwa św. Wincentego, których związek gorliwy neofita swymi zabiegami uprawnił. Praca dla bliźnich, związek miłosierdzia pod sztandarem św. Wincentego, były dla Hermana prawdziwie zbawczym antidotum przeciwko ponętom świata, w pośród którego żyć jeszcze musiał. Temu to puklerzowi zawdzięczał, jak sam potem przyznawał, obronę przeciw demoralizującym wpływom, jakie go otaczały.

 

         Wówczas napisał pod formą „Listu do O. Marii Ratysbona", przebywającego w domu Jezuitów w Laval, dzieje swego nawrócenia, w celu wpłynięcia, przez ogłoszenie tych kartek, na zmianę przekonań swoich dawnych współwyznawców. Pracę tę rozpoczął za poradą swego spowiednika; obydwaj jedną czuli żądzę; robić co tylko można, aby zbłąkane dzieci Izraela przywieść do opamiętania. Herman osobnym ślubem do tego się zobowiązał. Ale ta publikacja nie podobała się innym przyjaciołom młodego konwertyty; doktor Gouraud zwłaszcza i księżna de Rauzan bardzo byli przeciwni ogłaszaniu drukiem cudów łaski bożej, zdziałanych w. tajnikach duszy, a tak jeszcze świeżych. Nierozstrzygniętą sprawę zaniósł Herman pod sąd znanego już wtenczas kapłana, a później znakomitego biskupa, ks. de la Bouillerie. Ten był także zdania, aby publikacji zaniechać, a cichym przykładem cnót i wytrwałości, cichą a gorącą modlitwą pracować skuteczniej nad nawróceniem żydów. Od tej pory Herman oddał ster duszy swojej księdzu de la Bouillerie, a przyszłość wykazała, że Opatrzność kierowała tym wyborem.

 

         Tymczasem nasz neofita obracał się jak przedtem wśród najwyższych sfer towarzystwa; dawał lekcje, koncerty, bywał i w salonach. Oczywiście wszystkich uderzała zmiana, zaszła w jego zachowaniu, niejedna krytyka, niejeden gorzki sarkazm obił się o uszy Hermana. Zapisuje je czasem w dzienniczku: „Te panie mówiły, iż szkoda, że zostawszy pobożnisiem, stracony jestem dla świata", albo – „Bakunin wyśmiewał się ze świętoszka, jakim według niego zostałem". Wszystko w dawnym światowcu zmieniło się: wyglądanie – zbladł bowiem i spoważniał – zachowanie, dziwnie teraz skromne, ciche, i ubranie w niczym nieprzypominającym dawnych zbytków. Napada go czasem uczucie wstydu i upokorzenia, ale mężnie je zwycięża. Zapisuje, jak pewnego wieczora wszedłszy do salonu hrabiny Apponyi, zastał tam wiele gości: „Moja miłość własna cierpiała, gdyż licho byłem ubrany, niedługo też wyszedłem, powodowany fałszywym wstydem".

 

         Któżby się dziwił tym małym upadkom natury, nie od razu zwyciężonej?... Kto owszem nie będzie podziwiał tej surowości względem samego siebie, która każdy błąd – pyłek każdy – widzi i piętnuje bez żadnego pobłażania? Oto inne dowody tej delikatności sumienia. Ks. Goeschler, także nawrócony Izraelita, wówczas dyrektor kolegium św. Stanisława, oddał Hermanowi lekcje muzyki w swym zakładzie. 27 Października daje tam nasz artysta koncert wyłącznie dla uczniów. Widząc zachwyt całej tej młodzieży, uczuwa pewne zadowolenie, trochę próżności... Wnet biegnie do spowiednika oskarżyć się z tego uczucia: „Mam wzbronioną Komunię św. aż do niedzieli – pisze – doznałem z tego powodu chwilowej irytacji – żalu...., ale mój spowiednik miał słuszność! po tem uniesieniu próżności byłbym niegodnie przyjął P. Jezusa!" Innym razem wymawia sobie, że grając z księdzem Goeschlerem dla niewinnej rozrywki w karty, uczul wzruszenia i niepokoje przypominające dawne czasy.

 

         To pilne czuwanie nad sobą, te heroiczne walki i zwycięstwa Bóg wynagradzał coraz większą siłą wewnętrzną, a później błogosławieństwem w pracach apostolskich. Herman czerpał odwagę i wytrwałość w modlitwie i Komunii św. Zaledwie nawrócony, już się oddaje tej ustawicznej modlitwie, która będzie cechą charakterystyczną jego życia, mniej to dziwić będzie później w zakonniku, ale artysta jeszcze w świecie żyjący biegnący z różańcem w ręku od lekcji do lekcji, w pośród przygotowań do koncertu, odprawiający rozmyślanie, szepczący pacierze aż na progach salonu, zasypiający nie inaczej jak po długiej i gorącej modlitwie, z koronką w ręku i z słodkimi imionami „Jezus i Maryja" na ustach – zaprawdę rozrzewniający przedstawia widok! Eucharystia była prawdziwie odżywczym pokarmem tej duszy. Często przystępował do Komunii św., codziennie słuchał Mszy św. i brał chętny udział we wszystkich nabożeństwach do Najśw. Sakramentu. Raz, podczas procesji w kościele św. Seweryna, podano Hermanowi świecę, aby mógł wziąć bliższy udział w pochodzie: „Ile razy – zapisuje w dzienniku – Bóg utajony przechodził koło mnie, czułem się przejęty takim uszanowaniem i świętym. przestrachem, że łzy obficie tryskały z. moich oczu i zdawało mi się, że widzę, że już niema tajemniczej zasłony.:. Za każdym nawrotem procesji doznałem tego samego uczucia i na ulicy jeszcze łzy mi twarz zalewały, tak silne było wrażenie..." Tak to Bóg szczególnymi łaskami obsypywał tę duszę wybraną a wierną.

 

         Dnia 3 Grudnia 1847 r. arcybiskup Affre udzielił Hermanowi w swej kaplicy Sakramentu bierzmowania dając mu za patrona św. Franciszka Ksawerego. Doktor Gouraud i tu towarzyszył młodemu przyjacielowi.

 

         Matka Hermana nie wiedziała jeszcze o jego nawróceniu; brat młodszy. Ludwik i siostra pani R. błagali go, aby nie zadawał macierzyńskiemu sercu strasznego ciosu, odsłaniając tajemnicę. Złączony z siostrą węzłem serdecznego przywiązania, gorąco pragnął jej nawrócenia polecał ją i całą swą rodzinę" modlitwom wszystkich osób pobożnych, a zwłaszcza arcybractwu Serca Maryi. Jak obfity był skutek tych modlitw, dowiemy się później; tu jeszcze dodamy, że po dłuższych wahaniach, baronowa de Saint-Vigor podjęła się uwiadomić panią Cohen o zmianie, zaszłej w życiu jej syna, ale biedna matka, przyzwyczajona do tylokrotnych wybryków ukochanego dziecka, pomyślała, iż to jedno szaleństwo więcej, dodane do dawnych i nie przewidując bynajmniej poważnych skutków tej zmiany przekonań, nie wiele się nią zatrwożyła.

 

         W ciągu roku 1848, Herman jeszcze jako człowiek świecki, dał początek jednej z tych pięknych i rzewnych instytucji, która wkrótce rozeszła się po całej Francji, a potem i po całym świecie: nocna adoracja Najśw. Sakramentu. Oto jaki był jej początek: „Pewnego dnia po południu, Herman, który skwapliwie odwiedzał kościoły, gdzie był wystawiony Najśw. Sakrament, wszedł do kaplicy Karmelitanek, i klęknąwszy przed monstrancją promieniejącą na ołtarzu, zatopił się w. gorącej modlitwie, przy której godziny niepostrzeżenie mijały. Wieczór zapadł. Siostra furtianka dała znak, aby wszyscy opuścili kaplicę; Herman się nie porusza, za drugim znakiem mówi do Siostry: „Wyjdę, gdy osoby, które przy ołtarzu klęczą, opuszczą kaplicę". – „Te osoby, proszę pana, przez całą noc nie wyjdą! – Na te słowa zrywa się Herman, biegnie do księdza de la Bouillerie i woła: „Oto, w tej chwili musiałem opuścić kaplicę, gdzie kobiety, słabe kobiety będą noc całą klęczeć przed Najśw. Sakramentem!.:." – "Znajdź pan dostateczną liczbę mężczyzn, a pozwolimy wam uczynić to samo!" –- była odpowiedź.

 

         Ta nadzieja nie na próżno zabłysła przed oczami gorliwego konwertyty. Natychmiast zajął się wyszukaniem dusz pobożnych, ożywionych jak on pragnieniem oddania miłością za miłość, poświęceniem za poświęcenie Boskiemu Zbawcy, ukrytemu na naszych Ołtarzach. Pierwsi, którzy się zapisali, byli: pan Asnares, dawny dyplomata hiszpański, hr. Raymund de Guers, kapitan marynarki, o którym nieraz jeszcze wspomnimy w tem opowiadaniu, inny jeszcze oficer marynarki.– wreszcie kilkanaście poczciwych, gorących serc z pośród wyrobników Paryża, którymi Herman bynajmniej nie wzgardził. Razem 23 członków, i to było ziarnko gorczyczne, z którego wspaniałe drzewo wyrosło.

 

         Herman już wówczas nie mieszkał z panem de Beaumont, którego rozgniewało nawrócenie siostry; wynajął sobie skromne mieszkanko na ulicy Uniwersyteckiej i tam 22 Listopada 1848 zebrali się na naradę po raz pierwszy członkowie nocnej Adoracji Najśw. Sakramentu, pod przewodnictwem ks. de la Bouillerie, gorącego pomocnika wszystkich usiłowań, skierowanych do uczczenia św. Eucharystii. Sprawozdanie tego pierwszego zebrania mówi: „iż członkowie chcą zawrzeć związek, mający na celu Wystawianie i Adorowanie w nocy Najśw. Sakramentu, aby wynagradzać za czynione Mu zniewagi, ściągnąć na Francję błogosławieństwa Boże a odwrócić słuszne kary". Pierwsza adoracja nocna odbyła się 6 grudnia 1848 r. na wieść o ucieczce Piusa IX. do Gaety, przed tryumfującą w Rzymie rewolucją. Zaprawdę była to chwila dobrze wybrana do wynagradzania P. Jezusowi krzywd Mu uczynionych w osobie Jego Namiestnika! Druga i trzecia adoracja miała miejsce w dniach 20 i 21 Grudnia w czasie godzinnego nabożeństwa, nakazanego przez arcybiskupa także na intencję papieża.

 

         Te pierwsze wspólnej modlitwie poświęcone noce spędzono w ukochanej przez wiernych Paryża świątyni, Matki Boskiej Zwycięskiej; tablica marmurowa z napisem odpowiednim wmurowaną została naprzeciw ołtarza św. Augustyna, w r. 1870, na pamiątkę tego pierwszego zawiązku tak szerokiego później stowarzyszenia; ale wkrótce przekonano się, że w kościele parafialnym są pewne utrudnienia i że kaplica klasztorna będzie odpowiedniejszą na zebrania osób prywatnych. Uproszono więc Ojców Marystów o gościnność i odtąd w ich kaplicy odbywała się nocna adoracja.

 

         Herman nie mogąc zamknąć się na dobre w murach klasztornych, zanim swe 30.000 długu nie spłacił, pracował twardo, odmawiał sobie wszystkiego, żył w największej oszczędności, aby jak najprędzej tę sumę uzbierać. Czując jednak jak życie światowe liczne przedstawiało niebezpieczeństwa, chciał ile być mogło, zbliżyć się do zakonnej ciszy i obrać dla swej łódki, dobijającej do portu bezpieczniejszą przystań. Prosił więc Ojców Marystów, którzy mieli duży dom na ulicy Montparnasse, aby mu odnajęli skromną izdebkę, do której d. 19 lutego 1849 r. przeniósł się wraz z hr. de Cuers i p. Karolem Fage, owymi oficerami marynarki wyżej wspomnianymi.

 

         Pośród tych młodych ludzi, tak świetnej niedawno według świata pozycji, zakwitły gorliwość, prostota i ubóstwo iście ewangeliczne. Zakonnicy, którzy na nich z bliska patrzeli, budowali się tak rzadką i gruntowną cnotą. Oto co pisze jeden z nich:

 

„Ci panowie nie chcieli mieć żadnego służącego, do tego stopnia, że sami sobie jedzenie przyrządzali. Co to była za kuchnia! przypadkiem mogliśmy się raz przekonać, Czym głód zaspakajają, i muszę wyznać, że mimo najlepszego apetytu, z trudnością wziąłbym się do takiego jadła! W kaplicy wszystkich budowali pobożnością i skupieniem i zdawało się, iż są zupełnie obcy temu, co się w koło nich dzieje. Przyszło im raz na myśl, aby z powodu uszanowania dla Najśw. Sakramentu, wychodzić, cofając się z kościoła; była w tem niewątpliwie przesada, ale wzruszające było podeptanie u tych młodych ludzi wszelkiego względu ludzkiego, gdy cofając się od miejsca swego aż do drzwi kościoła, narażali się oczywiście na drwinki i śmiechy.

 

         „Herman przygotowywał się do dania wielkiego koncertu w sali św. Cecylii. Bóg tylko wie, ile go to pracy kosztowało. Od rana do nocy grał i powtarzał gammy. Gdym mu się skarżył na tę monotonną muzykę, odrzekł: „Bardzo mi przykro, że Ojca tak nudzę, ale gammy, gammy i jeszcze gammy, to jedyny sekret aby zostać dobrym pianistą. Powiedz, Ojciec swoim znajomym, którzyby dobrych metrów szukali, aby tylko grali gammy. To najlepszy metr. Ale proszę zobaczyć - dodawał z uśmiechem – ja czasu nie tracę! mam mistrza, który mi pozwala i gammy grać i czytać..." I pokazywał na pulpicie rozłożoną książkę „O cnotach i doskonałości chrześcijańskiej" przez Rodrycyusza, w której się rozczytywał z największym zapałem.

 

         „Jednocześnie komponował niektóre ze swych ślicznych pieśni do Najśw. Panny i posuwał pokorę tak daleko, że nieraz mojego zdania zasięgał, tłumacząc się, iż tak świeżym jest neofitą, że boi się, aby w jego kościelnych kompozycjach nie przebijały jeszcze operowe reminiscencje. Modlę się – mówił – proszę Matki Najśw., aby kierowała mym natchnieniem – ale boję się, ręka mi drży... ufam jednak, że z pomocą łaski już tylko rzeczy niebieskie będą wpływać na moje utwory"[6]. Przy układzie tych pieśni Herman publicznie zatwierdził swą wiarę w niepokalane poczęcie Najświętszej Panny na pięć lat przed jego ogłoszeniem. Oto jak się rzecz miała:

 

Siostra M. Paulina du Fougerais, Wizytka, miała niezwykły poetyczny talent i często w chwilach wolnych układała pobożne rymy, które zachwycały jej towarzyszki. Długie cierpienia zatrzymywały ją przez lata 1841 i 1842 w infirmerii: tam, skracając sobie czas, napisała kilkadziesiąt pieśni do Najśw. Panny, ale te utwory, tak jak poprzednie, poszły do teczki i tam zdawały się przeznaczone na wieczne zapomnienie. Mniej więcej w pięć lat potem, Siostra M. Paulina posłyszała o ciężkim upadku materialnym rodziny, która ją blisko obchodziła. Biedziła się z myślą, co by to zrobić, aby jej przyjść w pomoc... zwykła jałmużna nie wystarczała... Wówczas sobie przypomniała pobożne pieśni leżące w tece. Można by je wydać, ale dopiero z muzyką miałyby prawdziwą wartość! Kto napisze muzykę? Zupełnie przypadkowo, a raczej opatrznościowym zrządzeniem poradzono się przełożonego Marystów. Ten natychmiast wskazał Hermana jako najodpowiedniejszego artystę do podobnego zadania. I oto jak Bóg doprowadził do zetknięcia się dwóch dusz, które odtąd miały wspólnie pracować nad rozszerzeniem chwały bożej piórem i pieśnią.

 

         Herman najchętniej podjął się zadania, tem więcej, iż był obiecał Najśw. Pannie, że najpierwsze swe utwory po nawróceniu Jej poświęci. W początku Maja 1849 r. wyszedł zbiór 32 pieśni pod tytułem: „Chwała Maryi". Cel Siostry M. Pauliny został w zupełności osiągnięty: zubożała rodzina, dzięki prędkiej rozprzedaży pieśni, została wyratowaną z nędzy, a Herman – pomimo swych kłopotów finansowych – innej zapłaty za swą pracę nie żądał jak jeden egzemplarz „Chwały Maryi" i to nie dla siebie, ale dla siostry swej, dla której spodziewał się dobrego wpływu z przejrzenia pobożnego zbiorku. Zobaczymy, jak Bóg miał wynagrodzić tę bezinteresowność.

 

         Tymczasem przyszedł dzień zapowiedzianego koncertu Hermana, tej ostatniej daniny spłaconej światu, która miała ostatecznie pęta jego zerwać. „Chciał – pisze ten sam zakonnik Marysta wyżej przytoczony – abym z nim poszedł. Powodzenie koncertu było olbrzymie, na sali wrzało od aplauzów. Gdyby słuchacze byli wiedzieli, że po raz ostatni słyszą Hermana, zapewne głośniej i goręcej byliby objawili sympatię dla ulubionego artysty. Po koncercie powrócił do pokoiku, w którym na niego czekałem i zawołał wyciągając do mnie ręce: „Już tedy na zawszę skończone ze światem! Z jakąż radością po ostatniej nucie ukłoniłem mu się, żegnając go na wieki!.."

 

 

 

 

ROZDZIAŁ V

 

Powołanie

 

         W roku 1839 przyjechał do Bordeaux karmelita bosy z Hiszpanii, bez pieniędzy, bez pakunków, bez papierów. Będąc kapelanem armii Don Carlosa, zmuszony był uciekać przed zwycięskim wojskiem królowej Krystyny, której rząd prześladował księży i wypędzał zakony. O. Dominik zdołał w pośród tysiąca niebezpieczeństw ujść szczęśliwie przed nieprzyjacielem i schronić się do Francji, zanim zemsta zwycięskiej partii t. zw. „Christinos" go dosięgła. Przybył do Bordeaux z zamiarem odpłynięcia do Meksyku, gdzie w domach karmelitów, zależących od kongregacji hiszpańskiej, mógł znaleźć przytułek. Ale inne były zamiary Opatrzności.

 

         Przełożoną Karmelitek w Bordeaux była wówczas M. Batylda od Dzieciątka Jezus (w świecie panna de Saint-Exupery), która już od dziesięciu lat modliła się i starała się o wprowadzenie na powrót do Francji Karmelitów bosych, rozproszonych przez rewolucję. Wszystkie jej zabiegi u Nuncjusza w Paryżu i u Jenerała w Rzymie pozostawały jednak bezskuteczne. Niepewne stosunki polityczne we Francji, różne przesądy, zmaterializowanie kraju, przeszkadzały tym pobożnym zamiarom i nawet ha przyszłość słabą pozostawiały nadzieję. Ale przełożona Karmelitanek nie przestawała wypraszać u Boga, czego jej ludzie odmawiali, i Bóg nie zawiódł jej oczekiwania. Przyjechawszy do Bordeaux, O. Dominik poszedł odwiedzić Karmelitanki; M. Batylda opowiedziała mu swe pragnienia, swe zabiegi i niepowodzenia. Słuchając jej, uderzony był jasnością jej poglądów i siłą wiary; poruszony działaniem łaski, obiecaj, że jej będzie w tych staraniach dopomagał.

 

         Ale O. Dominik był sam. Kupił jednak dom i oglądał się za towarzyszami. Pierwszym, którego do niego przygnało prześladowanie w Hiszpanii, był O. Ludwik od Najśw. Sakramentu, dawny uczeń w. świecie, a towarzysz w zakonie; dwaj nowicjusze, jeden braciszek i postulant przyłączają się do nich. Już zaczynają żyć wspólnie i ścisłość reguły karmelickiej obserwować, gdy policja zaniepokojona rozpędza małe gronko i O. Ludwik dostaje rozkaz wyjazdu do Amiens wraz, z postulantem. Żałość jego była tak wielka, iż zachorował ze zmartwienia i w Tours musiał się zatrzymać. Na tę, wieść M. Batylda udaje się do Arcybiskupa z Bordeaux z prośbą o protekcję dla Karmelitów; przełożona z Tours ze swej strony czyni zabiegi; dość, że po krótkim czasie podróżni są wolni, mogą powrócić do Bordeaux.

 

         Jakże opisać radość czterech zakonników przy powtórnym połączeniu! – tem większej nabierają ufności w Opatrzność, że ich nie opuści. I rzeczywiście, wkrótce nowicjusze zaczęli napływać, klasztor w Broussey blisko Bordeaux im ofiarują, w Rzymie dostają pozwolenie wskrzeszenia Karmelitów bosych we Francji i niezadługo pragną ich i sprowadzają do Montigny i Agen. I tak w chwili gdy Benedyktyni i Dominikanie podnosili w tym kraju dawne klasztory, i synów św. Teresy przyprowadza Opatrzność dla wzięcia udziału w ruchu ożywczym, jaki zapanował we Francji w pierwszej połowie obecnego stulecia.

 

         Doszliśmy do chwili, gdy nowy przybysz wstępując w szranki rodziny karmelickiej miał zwrócić na nią powszechną uwagę i otoczyć niezwykłym blaskiem.

 

         Herman już był wolnym, długi były spłacone, pożegnał świat na zawsze. Teraz wypadało spełnić pragnienia, wykołysane podczas dwóch lat samotności i modlitwy. Młody neofita pragnął gorąco zostać sługą ołtarza; zobowiązał się był nawet do tego osobnym ślubem. Ale, "czy zostać świeckim księdzem, czy wstąpić do zakonu? na to pytanie jeszcze nie znajdywał jasnej odpowiedzi w swym umyśle. Radził się O. Lacordaire'a. „Czy masz odwagę dać sobie w twarz, pluć, nic nie mówiąc?" – zapytał Lacordaire. – „Mam". – „W takim razie zostań mnichem!" – To usunęło jedną wątpliwość; pozostawał jeszcze wybór Zakonu. Zakon św. Dominika, który daje schronienie tylu świetnym talentom, zdawał się wskazany, tym bardziej, że Herman należał już do tercjarstwa, ale silniejszy pociąg nie pchał go w tym kierunku. Decyzji nie chciał brać pośpiesznie, radził się światłych kapłanów, czytał książki stosowne. Pisma św. Teresy największe na nim wrażenie robiły; codziennie prawie wynotowuje w dzienniczku jakieś zdanie tej świętej; Karmel coraz więcej uśmiecha się Hermanowi. W dzień Wniebowstąpienia Pańskiego wchodzi na rekolekcje, podczas których przygotowując się coraz Apostołami na przyjęcie Ducha św., ufa, że światło potrzebne będzie mu dane. I rzeczywiście czytając w czasie tych rekolekcji życie św. Jana od Krzyża, czuje koniec wahania – będzie Karmelitą bosym!

 

         W parę dni potem spotyka przypadkowo – znowu przypadek, którym Opatrzność kieruje – Karmelitę z Agen; wypytuje go o różne szczegóły życia i reguły i postanawia wstąpić do Agen. 15 Lipca Herman udał się do mieszkania matki aby ją pożegnać.. Powiedział jej tylko, że wyjeżdża na czas dłuższy, że chce coś stałego na przyszłość postanowić i że w tym celu potrzeba mu trochę ciszy, i samotności. Biedna matka już się nie łudziła; czuła, że ją syn na zawsze opuszcza. Nazajutrz – dzień Matki Boskiej Szkaplerznej – pojechała na dworzec, aby raz jeszcze swego Hermana uściskać, a może i zatrzymać.... Nie zastała jeszcze syna na dworcu; po chwili widzi go przez okno idącego piechotą (choć dzień był niezmiernie skwarny) niosącego skromny pakunek w ręku, ubrany był prawie ubogo. Patrząc na tę zmianę, serce matki okropnie się ścisnęło. Pożegnanie było rzewne, bolesne; pani Cohen prosiła syna, aby jej pozwolił obciąć sobie pukiel włosów, na co się Herman chętnie zgodził. I on cierpiał niemało, bo kochał matkę gorąco; całą siłą woli zapanował nad wzruszeniem i wzywając na pomoc Jezusa i Maryję, wyrwał się z uścisku macierzyńskiego i pośpiesznie wsiadł do wagonu. Do Agen przyjechał w wilię święta Proroka Eliasza, uważanego jako pierwszego założyciela Zakonu karmelitańskiego.

 

         W kilka dni później pisał do Siostry M. Pauliny du Fougerais: „Zamieszkuję tu rozkoszną samotnią, pustelnią, uświęconą krwią męczenników: św. Kapraryusza i św. Wincentego, którzy w tem miejscu dali życie za wiarę. Dwaj pierwsi biskupi z Agen tu się schronili, a za nimi cały szereg pustelników oddawał się służbie bożej w tych grotach wykutych w skale. Słuchając tu Mszy św., w tych pieczarach, myśl się przenosi do katakumb... Ta cisza, to ubóstwo, to ogołocenie ze wszystkiego, co świat ceni, duszę z łatwością podnoszą do Boga. 31 Lipca, w dzień świętego Ignacego, wchodzę na rekolekcje"[7]

 

         Pustelnia – tak bowiem nazywają klasztor Karmelitów w Agen – leży na północ od miasta, na ślicznym wzgórzu. Powietrze, słońce, zieloność, a przy tym pamiątki historyczne tego miejsca czynią je szczególnie sposobnym do nauki i modlitwy; to też O. Dominik przeznaczył był dom w Agen na siedzibę uczącej się młodzieży zakonnej. Tu wszystko przemawiało do wrażliwej duszy Hermana; nie wiedział, jak tłumić swoje zachwyty. Pisze do przyjaciela de Cuers: „Św. Teresa będzie moją Matką, szkaplerz szatą moją, celka całym światem! O jakżem szczęśliwy! czuję, że spełnię wolą bożą![8]

O. Dominik miał wszystko po temu, aby zrozumieć tę gorącą duszę. Sam łączył w sobie zakonnika, żołnierza i apostoła.[9] Z radością przyjął nowego postulanta, kierował jego rekolekcjami i od tej chwili pokochał go miłością ojcowską, nigdy nie mającą ulec zmianie. Po rekolekcjach posłał Hermana do Broussey, gdzie był nowicjat i gdzie miał czekać na dyspensę z Rzymu, konieczną do przyjęcia konwertyty. W czasie tej zwłoki napisał do rodziny obszerny list, którego tu wyjątki podajemy:

 

         Broussey dnia 10 Sierpnia 1847.

         Kochana matko, siostro, bracie i szwagrze!

 

         Już miesiąc ubiegł, jak opuściłem Paryż. Wśród ciszy i samotności mogłem gruntownie rozważyć, jak mam odtąd życiem moim pokierować zgodnie z mymi przekonaniami i wolą bożą nade mną.

 

         Odgadliście zapewne, że opuszczam świat i rodzaj życia tak niebezpieczny, jaki dotąd prowadziłem. Ale nie wiecie jeszcze, do jakiej rodziny zakonnej się przyłączę Obawialiście się, abym nie przywdział sutanny kapłańskiej i nie naraził was na spotykanie mnie po ulicach Paryża w tym nowym stroju, albo żebym nie odpłynął z misjonarzami.... Nie! ja inny los wybrałem: odosobnienie od świata, samotność zupełną, milczenie, życie ukryte i nieznane ludziom, zaparcie się – oto odtąd mój udział. Wstąpiłem do zakonu, znanego w historii ostrości życia pokuty i miłości bożej. Ten zakon wziął początek w pośród narodu żydowskiego na 930 lat przed Chrystusem, prorok Eliasz założył go na górze Karmelu w Palestynie. Był to więc Zakon prawdziwych Izraelitów, oczekujących na przyjście Mesjasza, wierzących w Niego, gdy przybył na ziemię, żyjących wspólnie w praktykach pokuty od tamtych czasów aż do dni naszych, to jest przez blisko 2800 lat. Dziś jeszcze nosi nazwę góry Karmelu. Dwie są odnogi rodziny karmelickiej: jedna, otrzymawszy od Kościoła niektóre zwolnienia, żyje pod nazwą Karmelitów trzewiczkowych, albo mitygowanych; drudzy powrócili od XVI. wieku do dawnych ostrości, jak n. p. nie jeść nigdy mięsa, chodzić boso zimą i latem, suszyć niemal rok cały, spać na gołej desce, nie nosić bielizny, co nocy wstawać, aby od 12 do 2 godz. śpiewać chwałę bożą. Ci zakonnicy zwykle obierają sobie mieszkania na górach, dość jednak blisko miast, aby móc oddawać wiernym usługi duchowne... po wygłoszonym kazaniu, lub słuchaniu spowiedzi, wracają do swej samotni, do ukochanej celki. Moja ma 4 do 8 stóp szerokości a 7 długości, a szczęśliwszy w niej się czuję, niż gdybym mieszkał w Tuileryach lub w pałacu carskim w Petersburgu...

 

         „Już za starego Zakonu widzimy ludzi, prowadzących ten rodzaj życia w Palestynie. A dlaczego? aby błogosławieństwa Boże ściągnąć na ziemię i odwrócić słuszne kary, aby cierpieć za tych, co unikają cierpienia a tylko rozkoszy szukają; aby kochać Boga tak, jak On nas ukochał, a teraz, aby naśladować Jezusa Chrystusa, który przyszedł na ziemię na to, aby cierpieć, poświęcać się, żyć w posłuszeństwie, ubóstwie i wzgardzie, umrzeć na krzyżu i tym sposobem ludzi zbawić. Oto rodzaj życia, który sobie wybrałem, a jeśli mnie kiedy zobaczycie, co mam nadzieję, wyczytacie z twarzy mojej, żem szczęśliwy i swobodny, że was kocham, i proszę Boga we dnie i w nocy, aby zlał na was swe obfite błogosławieństwa... Gdyby kto z was, na swoje nieszczęście, obraził tego dobrego Pana, prosić Go będę, abym ja to mógł odpokutować tu na ziemi tak, abyście wiecznie nie cierpieli, ale abyśmy wszyscy cieszyli się w Niebie, na łonie Abrahama...

 

 

„Proszę ojcu mojemu donieść o moich zamiarach; on już do tego moim listem przygotowany. Zadziwi się, że syn jego został żebrakiem... Żyjemy bowiem z jałmużny i szczycimy się tem; przyjdzie dzień, kiedy to wszystko zrozumiecie..."

 

         Następnie namawia szwagra na przeczytanie i bezstronne ocenienie książki Lhomond'a, która jemu samemu tak dopomogła w wątpliwościach, i kończy tymi słowy: „Pragnę gorąco, abyście kiedyś doświadczyli tego pokoju i radości, jaką się cieszę od dwóch lat, a zwłaszcza od chwili, gdy wszystko, opuściłem dla Boga. Tysiąckrotnie płaci moją ofiarę, wlewając w me serce strumienie łask. Żegnam was!

 

Kochający was zawsze   Herman.

 

         „Łatwo sobie wystawić – mówi naoczny świadek – jakie było wrażenie rodziny Hermana po przeczytaniu tego listu. Słychać było tylko płacz i szlochanie, a pani Cohen postanowiła robić, co się tylko da, aby syna odzyskać".

 

         Tymczasem Herman nie był jeszcze nowicjuszem, przełożeni wyżsi odmówili dyspensy, obawiając się, że tak świeże nawrócenie nie będzie trwałe. Ta odmowa głęboko zabolała naszego postulanta, ale nie zniechęciła; tego samego dnia wyjechał do Rzymu, gotów dotrzeć w razie potrzeby aż do Gaety, uzyskać dyspensę od samego Ojca św. Podróż odprawiał morzem z Marsylii aż do Givita-Vecchia; ubogo ubrany, wziął bilet 3-ciej klasy, poznany jednak przez niektórych pasażerów z 1-ej, widzi się otoczony, witany i podczas krótkiego przystanku w Genui zmuszają go, aby zagrał na fortepianie. Herman na to chętnie przystaje, ale podczas kiedy wszyscy upajają się czarowną muzyką, on pozostaje zimny i obojętny na pochwały i na prośby, by do świata powrócił.

 

         12 września podróżny dobija do Rzymu i wprost udaje się do rezydencji Jenerała Zakonu. Tu się dowiaduje, że właśnie odbywa się posiedzenie wszystkich starszych przełożonych karmelickich, zebranych w Rzymie dla narady nad sprawami Zakonu. Opatrzność rzeczywiście kierowała krokami Hermana i nie mógł w lepszej chwili przyjechać. Sprawa jego roztrząsana na trzecim posiedzeniu, przychylnie została rozstrzygniętą i już 14 Września mógł napisać do swego przyjaciela de Cuers: „Wygrałem! bez odwołania się do papieża, co rzeczy bardzo ułatwia, gdyż aby się dostać do Gaety, trzeba odbyć 21 dni kwarantanny. Muszę więc odmówić sobie pociechy ucałowania nóg Ojca św." W licznych swoich podróżach Herman przejeżdżał przez Rzym, ale nigdy w nim się nie zatrzymywał. Obecnie zwiedzenie pamiątek Stolicy chrześcijaństwa było dla niego niemałą pokusą, ale młody postulant nie dał się odwieść od celu podróży, który się ściśle łączył z celem życia jego. Jednej jednak rzeczy poświęcił trochę czasu, a to gruntownemu zbadaniu urządzenia Stowarzyszenia nocnej adoracji w Rzymie, o czym tak pisze do hr. de Ceurs: „Zostawiam w Marsylii pod twoim adresem t a b e 1 ę licznych odpustów, których używają w Wiecznym Mieście członkowie nocnej adoracji Najśw, Sakramentu. Wszedłem w stosunki z administracją główną; spędziłem z niemi nocną adorację; poczyniłem kroki, aby Stowarzyszenie paryskie połączyło się kanonicznie z rzymskim, coby nam zapewniło uczestnictwo w licznych odpustach i przywilejach Arcybractwa Rzymskiego". Dalej opowiada, jakich zwyczajów trzymają się członkowie w Rzymie i coby można naśladować w Paryżu.

 

         30 września wyjechał Herman do Broussey, a 6 października obleczonym został w habit zakonny.

 

 [Część 1]  [Część 2]  [Część 3]

[Góra]

 

 

Przypisy:

[1] Przekład niniejszy jest nieco skrócony, na co otrzymaliśmy pozwolenie Pani R. siostry O. Hermana.

[2] „Au Carmel Dieu seul et moi". Słowa napisane na ścianach klasztorów karmelitańskich.

[3] 20 stycznia 1843 r.

[4] Herman pisał te słowa w kilka dni po odebraniu Chrztu świętego. Został ochrzczonym 28 sierpnia, a przyjął 1-szą Komunię 8 września.

[5] Wyjątki z listu do O. M. Ratisbone.

[6] List O, Reculon, Marysty.

[7] List z 25 Lipca 1849 r.

[8] List z 31 Lipca 1849 r.

[9] W roku 1865 O. Dominik został wybrany Przełożonym generalnym Zakonu Karmelitów i O. Święty Pius IX., znawca ludzi, ze zwykłą sobie wesołością powitał go wyrazy: „Oto mój Generał Poliglota! Posiada dzielność Hiszpana, gorliwość Francuza, a mądrość Włocha".

 

Napisz do Marii-Teresy, autorki strony